Eurocenzura

Cenzura zaatakowała kolejny raz przed trzema laty, gdy europosłowie PiS zorganizowali wystawę poświęconą Czeczenii. Sprawa odbiła się szerokim echem także w polskich mediach, które zresztą, co ciekawe, w większości stanęły po stronie eurodeputowanych Prawa i Sprawiedliwości, a nie węgierskiego postkomunisty Szabolcasa Fazakasa, który był wtedy kwestorem-cenzorem.

Kilka miesięcy później mieliśmy w Brukseli już nie tyle cenzurę, ile zwykły prymitywny i ordynarny sabotaż: w noc poprzedzającą wystawę IPN dotyczącą wysiedleń ludności polskiej przez Niemców w okresie II wojny światowej niewidzialna ręka o progermańskich sympatiach odcięła wszystkie źródła prądu na terenie ekspozycji (udało się to na czas naprawić).

A teraz znowu europarlamentarna cenzura objawiła się w pełnej krasie i z medialnym przytupem. Wywołało to dość charakterystyczne, odmienne reakcje większości polskich mediów. Zamiast bronić wolności słowa, zajęły się one, i to bardzo gorliwie, uzasadnianiem tezy, iż cenzurować można, a czasem wręcz należy. Uznano, że wystawa była partyjna, PiS-owska, więc w związku z tym knebel jest jak znalazł. Maksimum tego, co potrafili wydobyć z siebie dziennikarze mainstreamowych mediów, było stwierdzenie: „No, z tą cenzurą to przesada, ale te napisy były nie do przyjęcia” …

Przez 24 godziny trwał interesujący medialny spór, kto jest głównym cenzorem Unii Europejskiej: pięcioosobowe grono kwestorów (czyli, powiedzmy, skarbników) Parlamentu Europejskiego czy też przewodniczący PE Jerzy Buzek. We wtorek kwestorzy twierdzili, że Buzek, a Buzek – że kwestorzy. Najbardziej jednoznacznie wypowiadała się Astrid Lulling, kwestor z Luksemburga, nazywana czasem pierwszą damą europarlamentu, jako że po raz pierwszy została wybrana do PE w 1963 r. i zasiada tam, z krótkimi przerwami, od niemal pół wieku. Twierdziła ona, że to osobiście Jerzy Buzek zwrócił się do kwestorów, by zajęli się tą wystawą oraz że do niego należała ostateczna decyzja....
[pozostało do przeczytania 14% tekstu]
Dostęp do artykułów: