Karaiby i barwy kampanii

Tylko złośliwcy tacy jak ja twierdzą, że zdziwiona mina McCartneya i fakt, że łapie się on za głowę, ma wyrażać myśl:  „O cholera, to tyle można ukraść?”

Znajomy był na Karaibach. Wymeldowywał się właśnie z hotelu, gdy przy recepcji dopadł go jakiś Gruzin. Gdy tylko dowiedział się, że mój kolega jest Polakiem, rzucił się na niego i wyściskał, jakby spotkał dawno niewidzianego brata. „Wasz prezydent Kaczyński był przyjacielem mojego narodu” – powtarzał.
Znajomy, człowiek raczej chłodny, żeby nie powiedzieć klasyczny sceptyk, był pod wrażeniem. Zaraz zadzwonił do mnie. A ja właśnie parę godzin wcześniej tłumaczyłem pewnej młodej damie, która nabyła moją najnowszą książkę „Mój kraj, mój świat”, co to za gwiazdka w klapie mojej marynarki na okładce mojego bestselleru. Uświadamiałem atrakcyjnej pannie, że to wysokie odznaczenie gruzińskie nadane mi przez prezydenta Micheila Saakaszwilego w ostatnich dniach jego prezydentury. Prezydentury określanej, skądinąd, przez znawców od siedmiu boleści jako „antyrosyjskiej”.
Tymczasem w Polsce oglądam rodzimą wersję „Barw kampanii”. Emisja słynnego spotu za 7 mln zł (jeden „melon” za produkcję, sześć kolejnych za emisje w „zaprzyjaźnionych telewizjach”…) i inauguracja obchodów 10-lecia Polski w UE to nie tylko początek kampanii Platformy Obywatelskiej do Parlamentu Europejskiego, lecz także urodziny premiera Tuska. Kolejny zbieg okoliczności? Coś tych zbiegów za dużo jak dla mnie na jeden dzień. Ciekawe, czy Donald Franciszek wyda przyjęcie urodzinowe i czy ono też będzie „przy okazji” finansowane ze środków unijnych? Urodzinowa „impra” za szmal w Brukseli transmitowana „na żywca” – przecież to jest to, o czym marzą Kowalski z Nowakiem!
Tusk, co prawda, to nie John Fitzgerald Kennedy, więc żadna polska Marilyn Monroe nie zaśpiewa mu: „Happy Birthday, Mr Prime Minister”… Zresztą, po co ma ktoś śpiewać prezesowi Rady Ministrów, gdy prezes RM śpiewa sobie sam, znajdując przy swym...
[pozostało do przeczytania 42% tekstu]
Dostęp do artykułów: