Tusk jak asystent Burdenki

Cztery lata polska opinia publiczna musiała czekać na ostateczne potwierdzenie, że śp. generał Andrzej Błasik podczas lotu do Smoleńska był trzeźwy. Każdego dnia w Polsce przeprowadza się prawdopodobnie tysiące takich badań, w przypadku dowódcy sił powietrznych RP analiza okazała się nadzwyczaj skomplikowana – ale nie ze względów metodologicznych, lecz politycznych.

Badanie przyczyn katastrofy smoleńskiej jest przez polskie władze traktowane jak sprawa polityczna. A umożliwiła to Moskwa. Propozycję wykorzystania Smoleńska do przejęcia niemal całkowitej władzy w Polsce środowisko Tuska i Komorowskiego dostało nie od kogo innego jak od samego Władimira Putina. Od tego czasu panowie stali się swego rodzaju wspólnikami. Gdy zastanowimy się, w czyim interesie było przewlekanie badań krwi śp. generała Andrzeja Błasika przez cztery lata, to racjonalna odpowiedź jest tylko jedna: korzyści odnieśli wyłącznie autorzy treści raportu ogłoszonego przez MAK. Polska bierność potęgowała skuteczność ich przekazu i w rzeczy samej go uwiarygodniała. Sam premier rozkłada bezradnie ręce i pyta: „Cóż mogliśmy zrobić, wypowiedzieć Rosji wojnę?”.
Prawda jest jednak taka, że nie tylko nie staraliśmy się w jakikolwiek sposób walczyć o swoje prawa, lecz także aktywnie wspieraliśmy Kreml w pozbawianiu ich nas. A sprawa śp. generała Andrzeja Błasika jest najbardziej jaskrawym tego przykładem. Tusk i jego współpracownicy byli i są współczesną polską wersją komisji Burdenki. Kiedyś Stalin, by tuszować prawdę, potrzebował wspomnianego bolszewickiego lekarza, dziś Putin w tym samym celu może liczyć na wsparcie rządu Rzeczypospolitej z premierem na czele.
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: