Raczej z Haška niż Zweiga

Wolę poprzedni film Andersona „Kochankowie z księżyca”, gdzie kibicowało się bohaterom bez zastrzeżeń. Pocieszne, zakochane istoty znosiły młodzieńczą miłością wszelkie przeszkody, uwodząc widownię i przeciwników. W „Grand Budapest Hotel” bryluje osobnik szemrany, choć pokazuje go Anderson jako postać godną uwagi.

Może tak uczynić, bo opowieść retro traktuje o Mitteleuropie. A w CK Monarchii, wiadomo, szary kieszonkowiec miał więcej klasy niż dzisiejszy polityk czy biznesman. Toteż i andersonowski pan Gustaw, konsjerż tytułowego hotelu (dobry Fiennes, obsadzony tu wbrew melancholijnemu emploi), okaże się osobnikiem zdolnym wzbudzić sympatię i nawet uznanie. Mimo
[pozostało do przeczytania 67% tekstu]
Dostęp do artykułów: