Teraz Lech Kaczyński wygrał

Nie było tak istotnych wydarzeń wokół Polski od 10 kwietnia 2010 r. jak obecne powstanie na Ukrainie. Bez względu na to, co kto myśli o przyczynach tragedii smoleńskiej, mieliśmy wtedy do czynienia z ogromną ekspansją sił prorosyjskich w Polsce, które ogarnęły także Gruzję i Ukrainę, wycelowaną w Europę Środkowo-Wschodnią.

Prezydent Lech Kaczyński był inicjatorem procesu jednoczenia państw zagrożonych planami Kremla. Ta polityka pokazała siłę w czasie wojny w Gruzji, kiedy zorganizowana przez niego wyprawa pięciu głów państw walnie przyczyniła się do zatrzymania rosyjskiej agresji w Gruzji. Paradoksalnie uświadomiła też zwolennikom twardej rozprawy z Polską, że w przygotowanym dla prezydenta samolocie mogą znaleźć się jednocześnie bardzo ważne osoby. To wtedy Moskwa dostała ostateczny motyw, ale też i pomysł, jak pozbyć się swoich przeciwników. Nic też dziwnego, że wątek wyprawy gruzińskiej był pierwszym sączonym przez propagandę prorosyjskich mediów uzasadnieniem katastrofy smoleńskiej.
Warto jeszcze przypomnieć, że od czasu wyprawy gruzińskiej rządowe samoloty przeszły remont w Rosji, a po raz drugi tak ważny skład pasażerów znalazł się na pokładzie tupolewa właśnie 10 kwietnia 2010 r. Rosjanie mogli sądzić, że jednym ruchem rozstrzygną walkę o istnienie swojego imperium.
Mieli do niedawna rację. Ekspansja rosyjska została powstrzymana dopiero przez bunt Ukraińców. Putin, póki nie opanuje sytuacji w Kijowie, nie może posunąć się dalej. A opanować jej bezkrwawo już się nie da. Czy zdecyduje się na wymuszenie wojny domowej? Przekonamy się o tym wkrótce.
 Ukraińcy powstali przeciwko moskiewskiemu imperializmowi, nie chodzi o samą integrację z Unią Europejską (po ich ewentualnej akcesji UE będzie musiała się mocno zmienić), ale o prawo do decydowania o własnym losie. Nasze wsparcie dla Ukraińców ma taki sam charakter jak wsparcie dla Węgrów w 1848 r. i 1956 r. czy sojusz z Petlurą w roku 1920. Nie zapominamy o naszej...
[pozostało do przeczytania 12% tekstu]
Dostęp do artykułów: