Nihilizm Kurta Wallandera

Kryminały, choć są zazwyczaj przedstawiane jako literatura klasy B, są znakomitym odzwierciedleniem duszy współczesnego świata. A szczególnie dobrze widać to na przykładzie pisarzy skandynawskich

Nie ukrywam, że uwielbiam norweskie i szwedzkie kryminały (czego nie można powiedzieć o systemie, który w obu tych nordyckich krajach istnieje). Jo Nesbø czy Henning Mankell często goszczą w moich rękach i z pasją zaczytuję się pisanymi przez nich książkami. I to mimo iż poglądy polityczne i podsuwana przez nich nieustannie (zdecydowanie częściej u Mankella) ideologia doprowadza mnie do szewskiej pasji. A mimo to sięgam po kolejne tomy i pochłaniam je z wypiekami na twarzy.
U podstaw tej fascynacji leży jednak nie tylko umiejętność opowiadania historii przez Mankella (o Nesbø już wcześniej w „Gazecie Polskiej” pisałem, więc nie będę zanudzał czytelników powtórką z tamtych rozważań), zdolność do wymyślania niesamowitych zagadek kryminalnych ani nawet ogromna empatia wobec ludzkich niedoskonałości czy umiejętność uszycia kryminału z tak nieatrakcyjnych elementów jak nieustanne nasiadówki, picie kawy (swoją drogą zastanawiam się, w jakim stanie jest układ pokarmowy Kurta Wallandera, który dziennie pochłania takie ilości tego szlachetnego napoju), rozważania na temat rozwodu i romanse, które są tak po skandynawsku wyzbyte namiętności, jak to tylko możliwe, ale przede wszystkim analiza skandynawskiej (a coraz częściej także europejskiej) duszy.
Mankell, i to jest dla mnie najmocniejszy element jego kryminałów, pokazuje świat całkowicie pozbawiony odniesienia do Boga i jakiejkolwiek transcendencji. Wszystko jest w nim jednowymiarowe, bez żadnej głębi, choćby odniesienia do jakichkolwiek zasad czy tajemnicy. Kościół (mowa oczywiście o luterańskim Kościele Szwecji) pojawia się przy okazji pogrzebów, ale i tu raczej jako miejsce, w którym trzeba odbyć nudnawe i bolesne rytuały, niż przestrzeń dająca nadzieję, umocnienie. Śmierć jest...
[pozostało do przeczytania 43% tekstu]
Dostęp do artykułów: