Inteligencja liberalna w pułapce

To, o czym mówiła prawica, z zasady należało odrzucić. Jeśli mówiła o agenturalności Lecha Wałęsy, wypominała afery i nieudolność PO, jeśli żądała wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej i piętnowała absurdy oficjalnych raportów w tej sprawie – to wszystkich tych tematów liberalnej inteligencji nie wolno było rozwijać, należało o nich milczeć. W ten sposób, z nienawiści do prawicy, liberalna inteligencja wpadła w pułapkę autocenzury

Tu i ówdzie daje się ostatnio słyszeć termin „inteligencja liberalna”, głównie jako określenie  rzeszy pracowników kultury i nauki, wyborców Platformy Obywatelskiej, których partia Donalda Tuska odziedziczyła po Unii Wolności. Część z nich jakiś czas temu zaczęła się po cichu dystansować od różnych posunięć rządu niekorzystnych dla ich korporacji zawodowych, część jest po prostu zniesmaczona aferami, niekompetencją i ogólnym  stylem  otoczenia Tuska, rodem z portalu „Pudelek”. Ostatnio określenie „liberalna inteligencja’ pojawiło się po tym, jak „Rzeczpospolita” opublikowała ostry list otwarty do minister Kolarskiej-Bobińskiej w obronie filozofii na uniwersytetach. List, który brzmiał jak oświadczenie opozycji, a pod którym licznie podpisali się – notabene w towarzystwie paru rodzynków z prawicy – znani inteligenci liberalni, zwolennicy PO.
W terminie: inteligencja liberalna słowo „inteligencja” ma znaczyć, że ludzie z tego środowiska nie są lemingami, ślepo idącymi na pasku władzy, a słowo: „liberalna” – że odcinają się od prawicy i Jarosława Kaczyńskiego. Oba słowa razem mają sugerować, że poza prawicą istnieje jakaś niezależna siła społeczna, elita ważnych twórców, z której interesami i pozycją rząd musi się liczyć. Czy rzeczywiście istnieje w Polsce liberalna inteligencja i czy ktokolwiek musi się z nią liczyć? Nawet jeśli istnieje, to odpowiedź na ostatnie pytanie wydaje mi się przecząca, co postaram się wytłumaczyć.

Inteligencja dworska
W PRL też mówiło się o...
[pozostało do przeczytania 76% tekstu]
Dostęp do artykułów: