Schizofrenia stosowana

Tym razem wcale nie będzie o pośle Niesiołowskim, lecz o jego kolegach, na co dzień mniej skłonnych do zachowań histerycznych. Choć trudno nazwać je normalnymi. Wynikają one z odmienności postępowania w dni powszednie i świąteczne.

W dni powszednie nasi bohaterowie „nie klękają przed księdzem”, uznają „polskość za nienormalność”, żartują z postaw patriotycznych, sprzyjają wojnie z krzyżem, usuwają, jak mogą, religię z przestrzeni publicznej, promując różne postnowoczesne dewiacje – od ślubów pederastów po rugowanie najświętszych polskich lektur z kanonu szkolnego. Ich język pełen jest kpin z moherów, smoleńskiego ludu, a zarazem przymilny dla wielkich tego świata...

Ale przychodzi dzień świąteczny. I nagle – jakaż cudowna odmiana! Codzienni libertyni stają w pierwszym szeregu patriotów. Nad głową powiewają im biało-czerwone sztandary, w klapach widać obowiązkowe kokardy w barwach narodowych (nie kotyliony, medialni kretyni, kotyliony są na balu!), z ust leje się narodowa frazeologia, słychać często nacjonalistyczne odwołania do ciemnogrodzkich wartości. Jeśli miejscem eventu jest kościół, są i przyklęki, i śpiewy, i przekazywanie sobie znaku pokoju.

Postronny obserwator zaczyna sobie zadawać pytanie: gdzie ja żyję? W domu wariatów? Kiedy oni są prawdziwi? W tygodniu czy w niedzielę? W sejmie czy w kościele? Czy kościelny ślub państwa Tusków był jedynie happeningiem, a tynieckie rekolekcje Platformy – zgrupowaniem kondycyjnym?
A może różne haniebne projekty przepychane przez sejm to jedynie gra w celu skokietowania Europy, bo przecież w gruncie rzeczy elity podzielają wartości swojego społeczeństwa. A różne głupie prawa i tak nie będą wykorzystywane?

Jak wierzyć w majestat Rzeczypospolitej uosabiany przez Pierwszego Obywatela, który wcześniej kpił z poprzednika, racząc gawiedź anegdotami o ślepym snajperze? Co myśleć o przywódcy palikociarni, który kiedyś ślubował „tak mi dopomóż Bóg”? Jak samemu...
[pozostało do przeczytania 4% tekstu]
Dostęp do artykułów: