W walce z „polską rusofobią”

Tłuste koty wypasione na suchej, ale brzęczącej karmie z Moskwy i dziś kręcą się po korytarzach władzy (Sejmu, wielkich telewizji i korporacji) nad Wisłą

W maju tego roku oficjalnie ogłoszono rozporządzenie prezydenta Federacji Rosyjskiej nakazujące zawarcie porozumienia między Federalną Służbą Bezpieczeństwa (d. KGB) a Służbą Kontrwywiadu Wojskowego Rzeczypospolitej Polskiej. Nie wzbudziło to wtedy specjalnego zainteresowania mediów w Polsce. Owszem, ważny tekst ogłosił na ten temat Aleksander Ścios w „Gazecie Polskiej”, znakomitą analizę przedstawił Piotr Bączek w „Naszym Dzienniku”. I nic, cisza.

Sprawa wróciła jednak przy okazji niedawnej dymisji szefa SKW, gen. Janusza Noska. Tak to zwykle bywa w III RP. Kiedy w „służbach” dochodzi do wewnętrznego sporu albo też ktoś z zewnątrz w nich zamiesza, opinia publiczna dostaje jakiś ochłap wiadomości. Takiej, która najczęściej ma odwrócić uwagę od istoty sytuacji. A jaka jest owa „istota sytuacji” – tej, która wynika z obecnych stosunków między Rosją Władimira Putina i Polską Donalda Tuska? Stanowczo zbyt mało mam danych, by ośmielić się odpowiadać na to pytanie. Mogę przedstawić kilka uwag nawiązujących do historycznych doświadczeń oraz wiedzy o kierunkach i metodach walki z „polską rusofobią”.

100:1, czyli o kontekście współpracy FSB z SKW

Zapytajmy najpierw, czy w ogóle nawiązywanie współpracy między służbami kontrwywiadowczymi sąsiednich krajów jest czymś nagannym czy niedopuszczalnym? Oczywiście – nie jest. Ważny jest jednak kontekst podejmowania takiej współpracy i jej treść. O treści nie możemy nic powiedzieć, SKW i jej polityczni zwierzchnicy zasłaniają się bowiem tajemnicą. Możemy natomiast powiedzieć coś o kontekście. Najprostszy jego wymiar określa proporcja sił i znaczenia dwóch podejmujących współpracę służb. FSB, dumna dziedziczka KGB (tak jest, niech się nie oburzają ci, którzy uważają to zestawienie za brzydki chwyt...
[pozostało do przeczytania 89% tekstu]
Dostęp do artykułów: