Historia się powtarza?

Jest taka stara anegdotka o ojcu, który wraca z restauracji z podbitym okiem.
– Tego nie można puścić płazem! – woła jego syn, młody, energiczny, pewny siebie byczek. Bierze ojca pod pachę i wracają do lokalu.
– Kto to zrobił? – rzuca syn od progu.
– Ja – podnosi się ogromny osiłek o ponurym spojrzeniu.
– A spróbuj to zrobić jeszcze raz! – mówi syn, prężąc muskuły.
– Czemu nie? – Olbrzym wali ojca z główki, ten zalewa się krwią.
Widząc to syn, czerwony na twarzy, napina mięśnie i mówi ponownie:
– A spróbuj to zrobić jeszcze raz!
Osiłek uderza, ojciec pada, a syn do niego:
– Chodźmy stąd, ojciec, bo cię zabiją!

Anegdota nasunęła mi się na marginesie zachowania Obamy w sprawie syryjskiej. Najpierw były słowa, pogróżki, prężenie muskułów, na koniec haniebna rejterada. Można powiedzieć, że Obama zachował się jak Tusk w Smoleńsku. A nawet gorzej, bo mając więcej atutów, na własne życzenie zrobił się zakładnikiem Putina.

Zaufał komuś, kto całe lata hodował Asada i pomagał mu w rozwoju śmiercionośnego przemysłu. Uwierzył, że teraz ograniczy on ten przemysł i skróci smycz dyktatora. Kto zna Rosję, wie, że będzie dokładnie odwrotnie.

Oznacza to nie tylko puszczenie w niepamięć dokonanych mordów na ludności cywilnej, ale także niebezpieczne przesłanie dla całego świata. Nie ufać Ameryce i jej zapewnieniom. Kierujący nią facet jest – jak mawiali towarzysze chińscy – papierowym tygrysem. Co innego Putin. Wspólnik syryjskiego ludobójcy wyszedł niebywale wzmocniony, ograł Amerykę, zyskał opinię anioła pokoju i przyzwolenie na dalsze kroki. Wolę nie myśleć jakie.

Rejterada Obamy i deklaracja, że USA nie zamierzają odgrywać dłużej policjanta świata, oznacza potężny krok Ameryki w izolacjonizm. Tymczasem nasz niespokojny świat nie może obejść się bez gwaranta ładu. Czy oznacza to zatem, że w miejsce amerykańskiego policjanta wejdzie teraz postsowiecki milicjonier?

...
[pozostało do przeczytania 11% tekstu]
Dostęp do artykułów: