Krwawy biznes aborcyjny

Czy można przez lata zabijać swoich pacjentów, topić w wiadrach urodzone dzieci, stosować rasistowskie kryteria i pozostać szanowanym i cenionym lekarzem? Okazuje się, że można.
 
Kermitt Gosnell, choć używał tytułu lekarza i miał stosowne do tego dokumenty, był zwyczajnym rzeźnikiem. Aborcji dokonywał do ostatniego dnia trwania ciąży, żartując przy tym. Jeśli zaś dzieci w jego klinice aborcyjnej rodziły się żywe (a zdarza się to w przypadku późnych aborcji raz na sześć przypadków), to osobiście brał nożyczki i przecinał im kręgosłupy, a potem wrzucał ciała do kubłów na odpadki, wcześniej odcinając im stópki, które chował – w charakterze trofeów – do lodówki. Dzieci nie są jednak jedynymi ofiarami tego procederu. W klinice Gosnella umierały także kobiety na skutek źle przeprowadzonych, choć pełnopłatnych i legalnych aborcji.

Aborterów nie kontrolujemy

Ten proceder, czego też warto mieć świadomość, trwał siedemnaście lat. Co jakiś czas władze otrzymywały informacje o tym, że w klinice aborcje przeprowadzane są przez ludzi bez wykształcenia medycznego, że odurza się tam kobiety narkotykami, a niekiedy zmusza do przerwania ciąży, wreszcie że sprzęt medyczny jest brudny, a w salach stoją słoje z fragmentami ciał dzieci, które wcześniej abortowano. Nie brakowało także informacji o tym, że Gosnell – Afroamerykanin – miał w swojej klinice dwie poczekalnie, jedną dla czarnych, a drugą dla białych kobiet, i że ta pierwsza była dużo gorzej wyposażona, a czarne kobiety często traktowano jak bydło.

Jednak mimo regularnych zgłoszeń zarówno na policję, jak i do mediów, nic się nie działo. Reporterzy, zazwyczaj anonimowo, przyznawali, że powodem, dla którego lekceważyli nawet najbardziej wiarygodne informacje, było to, że nie chcieli niszczyć dobrego imienia przemysłu aborcyjnego i przyczyniać się do triumfu środowisk pro-life. Dlatego godzili się, by setki, a może tysiące dzieci zabijano nawet po narodzinach (...
[pozostało do przeczytania 60% tekstu]
Dostęp do artykułów: