Południe, Północ, interes narodowy

Tylko 11 dni dzieliło moje wizyty w dwóch krajach Europy, które stały się symbolem kryzysu gospodarczego. Najpierw byłem w Grecji, potem w Islandii. Chronologia kryzysu akurat była odwrotna: najpierw wybuchł gejzer ekonomicznej zapaści w Reykjaviku, potem Etna gospodarczej katastrofy ogarnęła Italię. Oczywiście, to dwa różne państwa z dwóch krańców Starego Kontynentu, różnic jest mnóstwo, ale są też istotne podobieństwa. Istotne także dla nas, Polaków.

Zacznijmy jednak od różnic.

Różnica pierwsza. Hellada jest w Unii Europejskiej, Islandia – nie jest i nie będzie, przynajmniej w perspektywie najbliższych lat (nie chce tego ani społeczeństwo, ani powstający nowy rząd). Grecy mają euro i płaczą, Wikingowie z wyspy mają koronę i na pewno jej za nic nie oddadzą, tym bardziej że ich najbliżsi sąsiedzi – Norwegia, Dania i Wielka Brytania – mają narodowe waluty i na 100 proc. z nich nie zrezygnują.

Różnica druga. Grecja w kryzysie tkwi po uszy, Islandia z niego wyszła, choć wcześniej praktycznie ogłosiła plajtę.

Różnica trzecia. Ateny nie obroniły się przed naciskiem międzynarodowym, Reykjavik potrafił nie ulec międzynarodowej presji. Jasne, że w przypadku Grecji pod but wzięły ją Niemcy i Francja, a w przypadku Islandii – Wielka Brytania i Holandia. Te akurat kraje broniły swoich banków tamże zlokalizowanych – identycznie jak czyniły to Berlin i Paryż wobec Aten, tyle że te ostatnie skuteczniej...

Różnica czwarta. Południe wychodziło z kryzysu, tnąc na potęgę świadczenia socjalne, pensje, zasiłki, dodatki, słowem: chciało ratować się na plecach ludzi, niejako kosztem społeczeństwa. Natomiast Północ – odwrotnie. Oficjalną linią rządu Islandii było: „Walczymy z kryzysem, ale nie kosztem własnego narodu”. Ba, nawet więcej: zasiłek dla bezrobotnych wydłużono z trzech do czterech lat! Skądinąd dopiero w tym roku, gdy Reykjavik pożegnał się z kryzysem, skrócono go ponownie do lat trzech.
Jakie natomiast są...
[pozostało do przeczytania 38% tekstu]
Dostęp do artykułów: