Uderzyła nas straszna mgła. Szczątki były wszędzie

W pewnym momencie odebraliśmy telefon od Marcina Wierzchowskiego, który był na lotnisku. Mówił, że coś jest nie tak, że była jakaś awaria. Pamiętam swoją pierwszą myśl, że samolot nie zmieścił się w pasie, nie wyhamował, zjechał z niego – tak sobie tę „awarię” wyobraziłem.

Co się działo dalej?

Później zaczęły docierać sprzeczne informacje… Wtedy już przeszliśmy z cmentarza do budynku przy samym wejściu, tak żeby być we własnym gronie, móc się szybko porozumieć, a jednocześnie nie wzbudzać emocji. Znów zadzwonił nasz kolega czekający na lotnisku i, płacząc, mówił jakieś nie do końca dla nas zrozumiałe zdania. On w tym czasie już był na miejscu katastrofy, pojechał tam z ambasadorem Bahrem i widział to wszystko.

Nie byliśmy w stanie go zrozumieć ani wyobrazić sobie tego, o czym mówił, staraliśmy się więc go uspokajać.

Minister Sasin szybko podjął decyzję, że powinniśmy jechać na lotnisko. Utworzono kolumnę, która składała się z eskortującego nas samochodu rosyjskiej milicji – to była, pamiętam, stara łada – i dwa samochody. Pierwszym był samochód z oficerami BOR, tymi, którzy na miejscu zabezpieczali cmentarz, i za nimi nasz samochód, którym jechałem z panem ministrem Sasinem. Pamiętam, że chwilę wcześniej zadzwoniłem do naszego kierowcy, który zajął już swoje miejsce, tam gdzie miał siedzieć w czasie mszy świętej – prosiłem go, żeby jakoś dyskretnie wyszedł. Byliśmy już gotowi do wyjazdu, a jego ciągle nie było, bo wychodził z cmentarza powoli, nie wiedział, co się stało. Zadzwoniłem do niego po raz drugi, prosząc, żeby się pośpieszył.

Jak wyglądała droga z Katynia na lotnisko?

Na lotnisko jechaliśmy dwadzieścia pięć, trzydzieści minut. Pamiętam, że minister Sasin zadzwonił w tym czasie do swojej matki. Spytałem, po co to robi, przecież poprzedniego dnia informowaliśmy nasze rodziny, że jesteśmy już w Smoleńsku, że wszystko jest w porządku. Jacek powiedział, że...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: