Duszpasterze, a nie urzędnicy

Są to na ogół ludzie z dużą wiedzą teoretyczną, ale ze znikomym doświadczeniem duszpasterskim. W wyniku tej polityki personalnej, w bardzo licznym episkopacie Polski jest dziś zaledwie kilkunastu biskupów, którzy chociaż przez rok pełnili funkcję proboszcza parafii. A przecież na parafiach opiera się duszpasterstwo polskie.

Skutek jest później taki, że wielu biskupów, mimo swoich dobrych chęci, nie rozumie problemów, z jakimi na co dzień borykają się proboszczowie, wikariusze czy katecheci. Niewiele pomogą tutaj wizytacje biskupie, bo często są one bardzo pobieżne. Przekonałem się o tym po raz kolejny trzy lata temu, gdy wizytujący biskup pomocniczy nie zadał księżom nawet zdawkowych pytań typu: „Jak się czujesz? Czy masz jakieś problemy? W czym ci pomóc?”. Zero empatii. Unikał też jak ognia rozmowy na tematy finansowe. W ciągu 30 lat kapłaństwa przeżyłem sześć wizytacji, ale tylko raz się zdarzyło, że biskup chciał dowiedzieć się czegoś o problemach, również osobistych, z jakimi borykają się jego podwładni.

Skutek jest również taki, że wiele listów pasterskich przypomina bardziej wykład monograficzny niż słowo ojcowskie skierowane do wiernych. Ci ostatni tej kościelnej nowomowy po prostu nie rozumieją. Znam proboszczów, którzy owe zawiłości teologiczne starają się na własną rękę przetłumaczyć wiernym na „ludzki język”. No cóż, marzy mi się, aby Franciszek, który dał się poznać w Buenos Aires jako dobry pasterz, przy kolejnych nominacjach biskupich brał pod uwagę nie tyle profesorów czy urzędników, ile duszpasterzy z krwi i kości. I to takich, którzy chcą rzeczywiście zrozumieć i wspierać swoją owczarnię.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: