Jak Tusk zastrasza policjantów

Jego zdaniem sprawa ta może być dla premiera poważnym błędem wizerunkowym. Tusk odżegnywał się od tego, że w jakikolwiek sposób wpływa na sprawę Piotra Staruchowicza, który spędził w areszcie 8 miesięcy. Mimo że – pisały o tym zgodnie „Gazeta Polska”, „Newsweek”, „Polityka” i „Wprost” – nie ma żadnych wiarygodnych dowodów jego winy. – Tymczasem teraz premier zademonstrował swoje osobiste zaangażowanie w sprawę – mówi Wiśniewski.

– Za rządów PO mamy do czynienia z prywatyzacją państwa. W tym przypadku władca postanowił także użyć go do prywatnych porachunków z człowiekiem, który zbuntował kibiców przeciwko rządowi, także tych, dla których polityka była obojętna – komentuje Ryszard Czarnecki, eurodeputowany PiS.

Niewybaczalny błąd naczelnika: zachował się zgodnie z prawem

Osławiony stołeczny wydział do spraw zwalczania przestępczości pseudokibiców powstał w 2010 r. na fali wojny rządu z kibicami. Jego naczelnikiem został młody policjant, podinspektor Radosław Ścibiorek.

Wielu policjantów było zdziwionych powierzeniem mu tego stanowiska, uważano bowiem, że szkoda go na nie. Jak opowiadają nasi informatorzy, miał on wcześniej w pracy spore sukcesy. Jednym z nich było prowadzenie sprawy zabójstwa gangstera z Wołomina, „Młodego Klepaka”, który został zabity w Mikołajkach.

Teraz Ścibiorek miał zająć się mało nobilitującą „brudną robotą” dla rządu – bo w powszechnym przekonaniu wydział ten miał zajmować się nie tylko faktycznym zwalczaniem przestępców, ale także inwigilacją nieprzychylnego wobec Platformy środowiska.

Czym zawinił Ścibiorek? 29 kwietnia 2011 r. przed finałem Pucharu Polski w Bydgoszczy Komenda Główna Policji wysłała pismo do PZPN z wykazem osób, które mają zakaz wstępu na imprezy masowe. Znalazł się na nim Piotr Staruchowicz.

Spowodowało to oburzenie i protesty kibiców Legii. „Staruch” miał arbitralnie nałożony zakaz klubowy na mecze ekstraklasy. Nie dotyczył...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: