Jak niszczy się konserwatystów

Atak, jaki przypuszczono na Krystynę Pawłowicz, trudno określić inaczej niż polowanie z nagonką. Zaczęło się od zdeformowania jej słów, później zaczęto szukać dla niej męża (a może skrzykniemy się w sprawie szukania męża dla Moniki Olejnik albo żony dla Ryszarda Kalisza?), następnie używano jej osoby jako stygmatyzującego określenia homofoba („Gowin ma twarz Pawłowicz” – pisano), a wreszcie zabrano się do pisania apeli o zwolnienie jej z pracy (to Andrzej Rozenek), listów otwartych porównujących jej słowa do antysemityzmu, i tworzenia pozwów sądowych, które mają zakazać jej działalności publicznej za... faszyzm. A na koniec do chóru oskarżycieli zaczęli pomalutku dołączać także, na razie anonimowi, wściekli partyjni koledzy, którym nie podobała się forma wypowiedzi pani poseł.

Forma i treść, czyli język ma znaczenie

Kłopot polega tylko na tym, że w całej wcześniejszej nagonce wcale nie chodziło o formę. Ta może się podobać lub nie. Prof. Pawłowicz rzeczywiście bywa ekspresyjna, ale w porównaniu ze Stefanem Niesiołowskim czy z grożącym pobiciem swoim adwersarzom prof. Ireneuszem Krzemińskim (ten funkcjonuje poza polityką) jest oazą spokoju. Tym ostatnim nic się jednak nie zarzuca, a ona wciąż musi się tłumaczyć. I już choćby to uświadamia, że tu wcale nie chodzi o emocje czy formę, ale o treść. To ona tak bardzo wzburzyła medialne i polityczne elity, że zdecydowały się na zafałszowanie przekazu, a później uczynienie z posłanki wygodnego kozła ofiarnego, symbolu zacofania i ciemnoty czy wręcz wrogości wobec osób homoseksualnych.

Problem polega tylko na tym, że jej wypowiedź w ogóle tych osób nie dotyczyła. Nie ma w jej słowach, choć od kilku dni wytrwale sugerują to komentatorzy i politycy lewicy, ani słowa o tym, że osoby homoseksualne są nieużyteczne czy jałowe. Nie ma, bo byłaby to bzdura. Homoseksualizm, choć niewątpliwie naznacza poważnie seksualność człowieka, nie sprawia, że nie może on być świetnym artystą (...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: