Mario, Barack i zero Donka

Euroniebo dla Mario

W przypadku USA są tam tacy, co trzymają się mocno. Choćby zawsze potężny tygodnik „Time”. W ostatnim jego numerze następuje istna medialna beatyfikacja Włocha Mario Draghi, od niedawna szefa Europejskiego Banku Centralnego z siedzibą we Frankfurcie nad Menem. Bankowiec z Italii z półbolesnym uśmiechem i wzrokiem wpatrzonym w niejasną przyszłość jest według „Time’a” niczym dzielny szeryf z XIX w. Dowiadujemy się – zupełnie jak w rycerskim eposie z czasów średniowiecza – że „walka Mario Draghi o uratowanie euro i snu o zjednoczonej Europie właśnie się rozpoczęła”... Słodkie to. Jak dalej ten kult jednostki będzie się rozwijał, to Draghi za życia pójdzie do euronieba. Ja tam już wolę stary, tradycyjny czyściec („nobody is perfect”), który w moim przypadku sporo potrwa. Ale dla Włocha nawet euroniebo może być za mało. Skoro amerykański tygodnik pisze o nim, że w zeszłym roku uratował światową gospodarkę? To może pomaszeruje wprost do jakiegoś globalnego nieba? Żarty na bok. Szanuję szefa EBC nie za okładkę w „Time”, ale za to, że jako Włoch zadbał o interes własnego kraju, de facto dosypując włoskim bankom górę szmalu. No i po cichu myślę, że signore Draghi nie do końca zapomniał, że przecież jest absolwentem Instytutu Massimiliano Massimo w Rzymie, prowadzonego wszak przez... jezuitów. I w związku z tym poza osiąganiem szczytów ziemskich myśli też o perspektywie wiecznej.

Tata BHO i mama sędziego T.

Amerykański „Time” okładkę zrobił o Europejczyku, za to brytyjski „The Economist” o obywatelu USA. Dokładnie o Pierwszym Obywatelu. O Obamie. Tutaj polski przerywnik. Niedawno słuchałem naszej radiowej Trójki. Puszczono tam fragment ponownej prezydenckiej przysięgi starego-nowego lokatora Białego Domu. W wersji oryginalnej brzmiało to tak: „Ja, Barack Hussein Obama”. W wersji poprawno-politycznej PR III „Ja, Barack Obama”. Gdzieś Myśliwiecka (tam mieści się siedziba Trójki) zgubiła...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: