Dwa „Wesela” i „Wołyń”

Felieton [Krótko i na temat]

Dopiero co pisałem o filmie „Niefortunny numerek lub szalone porno”, będącym artystyczną orgią rumuńskiej ojkofobii, a tu pojawiła się informacja, że Wojciech Smarzowski nakręcił „Wesele”. Trochę się zdziwiłem, bo przecież już raz to zrobił. 

Co więcej, nieco inaczej niż zapewne większość prawicowej krytyki, tamto „Wesele” Smarzowskiego nawet lubię. Ot, dość brutalna i przytłaczająca satyra, ale co robić, ten gatunek ma prawo do przerysowań, byle trafiał w miarę celnie i przy tym bawił. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ktoś zagubi proporcje i zatrze mu się różnica między „bawi” (cel główny), „ucząc – bawi” (cel społecznie pożądany), a „pouczając – niezbyt bawi” (choroba zawodowa postkolonialnych elit). Smarzowski stał się kimś w rodzaju etatowego ukazywacza wszystkiego, co najgorsze, i był w tym faktycznie, choć nie od początku, dobry. Jego debiutanckiej „Małżowiny” nie dało się oglądać, choć ekran zaludniły gwiazdy ówczesnego muzycznego undergroundu

     
54%
pozostało do przeczytania: 46%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze