Wiesio G.!

Felieton [Wrzutka]

Odszedł jako jeden z ostatnich przedstawicieli swojej generacji, która wydała nieprawdopodobną liczbę geniuszy sceny. Mistrzów słowa, specjalistów od wzruszeń i siewców radości. 

Artystów uniwersalnych i prawdziwych, sprawiających, że nawet w PRL-u życie wydawało się lepsze i bogatsze. Kiedy ukończył dziewięćdziesiątkę, zacząłem wierzyć, że jest nieśmiertelny. W latach 80. z wyżyn Kabaretu Starszych Panów i elitarnego Dudka trafił – na krótko – do mojego Kabaretu Sześćdziesiątka, co uznałem za niezwykłą nobilitację, tym bardziej że Wiesio Gołas nie wytwarzał wokół siebie żadnego dystansu. Był jak jego bohaterowie: Czereśniak, Papkin duszą towarzystwa i tworzył twórczy ferment. Od razu zaczął podrzucać mi pomysły – o byku, który nie idzie na czerwone, czy o prominencie, który nie marzy o Alei Zasłużonych, a woli życie w Alei Róż. Ostatecznie mimo wspólnych usiłowań piosenki zaśpiewali inni. Wkrótce stał się super popularny – pamiętam, jak żartował, słysząc

     
52%
pozostało do przeczytania: 48%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze