Egzotyka nie do (z)rozumienia. Miasto absurdu

Podróże [Indie]

Poranny spacer po rozszalałych od hałasu uliczkach Nowego Delhi bez wątpienia zapamiętam na długo. I wcale nie dlatego, żeby miało mi się stać tu coś złego. Nie. Było akurat dość bezpiecznie. Zapamiętam ten spacer głównie dlatego, że ja tego miasta po prostu nie rozumiem.

Leży, odkąd doszedłem na plac. Tuż przy wysokim krawężniku. Ze schowaną twarzą oraz z nienaturalnie wygiętą ręką, wyglądającą na złamaną. Na głowie ma czerwony turban. Niebieska bluza. Wszystko wysmarowane piachem. Ten bosy mężczyzna wygląda w tej chwili jak pozostawiona sama sobie kukiełka z teatru lalek. Ale gdzie podział się lalkarz? Podchodzę bliżej: czy ten człowiek w ogóle żyje? Dokoła słychać harmider typowego hinduskiego poranka. Klaksony, krzyki, przepychanki na ulicy. Tuż obok mnie ulokowana jest żółta budka z fast-foodem. Przy okienku widzę elegancko ubranego mężczyznę spożywającego pierwsze śniadanie. Przed chwilą przywiózł go tutaj młodociany rykszarz. Dlaczego oprócz mnie

     
19%
pozostało do przeczytania: 81%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze