Duże sieci nie będą wykorzystywać polskich rolników! Rozmowa z ministrem Grzegorzem Pudą

FOT. PAWEŁ SUPERNAK/PAP
FOT. PAWEŁ SUPERNAK/PAP

Kraj [Wywiad]

Pandemia pokazała, jak ważne są rynki lokalne. To właśnie przede wszystkim one uchroniły nas przed głębokim kryzysem żywieniowym w czasie lockdownu. Tak samo jak małe i rodzinne gospodarstwa, które są bardziej odporne na kryzysy – mówi „Gazecie Polskiej” Grzegorz Puda, minister rolnictwa i rozwoju wsi. Rozmawiają Jacek Liziniewicz, Piotr Nisztor

Jak pandemia koronawirusa wpłynęła na polskie rolnictwo?

Pandemia koronawirusa uderzyła w wiele branż, w tym również w rolnictwo, które jednak dobrze się broni, w szczególności dzięki małym i średnim gospodarstwom rodzinnym i lokalnym producentom. Wielu rolników skarży się, że mamy dużo gorsze ceny na rynku trzody chlewnej i drobiu, na co wpłynęły długie łańcuchy dostaw. Warto jednak zauważyć, że nasz eksport towarów rolno-spożywczych pomimo kryzysu pandemii ma się bardzo dobrze. Do listopada 2020 roku eksport wzrósł o 7 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Za rok 2020 wartość eksportu rolno-spożywczego przekroczyła 31 mld euro. Podsumowując – są obszary, które mają teraz trudniej, ale globalnie nasz eksport się obronił.

W takim razie porozmawiajmy o środkach UE. Jak wygląda przygotowywanie systemu wsparcia rolnictwa?

Zanim objąłem stanowisko ministra rolnictwa, pracowałem w Ministerstwie Funduszy i to doświadczenie teraz procentuje. Z pewnością w pierwszym rzucie udało się przekazać niewykorzystane środki z PROW (Program Rozwoju Obszarów Wiejskich) na walkę z koronawirusem. To była pierwsza tarcza, która objęła polskich rolników. Nie zostawiliśmy nikogo bez pomocy. Teraz trzeba inaczej skonstruować wsparcie z funduszy strukturalnych. Wcześniej ze środków PROW było wspieranych wiele inicjatyw, które zdaniem rolników w ogóle nie powinny być finansowane z tego funduszu. Mówimy tu o infrastrukturze kanalizacyjnej, internecie, drogach. Tymczasem ideą jest, aby teraz pieniądze na Wspólną Politykę Rolną trafiały na wieś do tych, którzy zajmują się bezpośrednio produkcją. Chcemy na wieś skierować również fundusze spójności, z których miałaby być finansowana infrastruktura, tak by ze środków Wspólnej Polityki Rolnej wspomagać tylko rolników. Tutaj oczywiście nacisk ma być położony na małe i średnie gospodarstwa. Im zawsze było trudniej. Dlatego też w MRiRW powstaje nowa ustawa o rodzinnych gospodarstwach rolnych, która m.in. ustali definicję rolnika, gospodarstwa rodzinnego i uporządkuje wiele kwestii, również prawnych, co ułatwi rolnikom z małych rodzinnych gospodarstw pozyskiwanie funduszy. 

Wiadomo, jaka będzie pula środków, która trafi na wieś?

O całkowitej kwocie będziemy mogli rozmawiać w momencie, gdy będziemy wiedzieli, jaką kwotę na polską wieś będzie dało się pozyskać z Krajowych Programów Operacyjnych i z programu Infrastruktura i Środowisko. To tak naprawdę pytanie do Ministerstwa Finansów. Dla nas to bardzo istotne, bo my mając tę wiedzę, możemy zaplanować nasz budżet i wsparcie dla rolników. Dlatego teraz prowadzimy rozmowy, aby przyspieszyć wszystkie działania w tym zakresie. 

W okresie pandemii były chwile, gdy społeczeństwo zaczęło mieć obawy o ewentualne niedobory żywności. Czy rzeczywiście mogło jej zabraknąć?

Należy podkreślić, że jesteśmy w lepszej sytuacji niż inne kraje europejskie, ponieważ gospodarstwa w Polsce są mniejsze i bardziej rozdrobnione, co w dzisiejszej sytuacji kryzysu bardzo nam się opłaciło. Pandemia pokazała, jak ważne są rynki lokalne. To właśnie przede wszystkim one uchroniły nas przed głębokim kryzysem żywieniowym w czasie lockdownu. Tak samo jak małe i rodzinne gospodarstwa, które są bardziej odporne na kryzysy. Długie łańcuchy dostaw – przez lata promowane przez liberałów PO-PSL, lewicę i UE – narzucały trend budowy i wspierania dużych gospodarstw i producentów, podtrzymywany niestety również przez niektórych ministrów rolnictwa z prawicy. Efekt jest taki, że w polskim rolnictwie zabrakło równowagi. W momencie, gdy pojawił się COVID, okazało się, że długa droga od pola do stołu powoduje wiele problemów. Produkty rolne trzeba dostarczyć do przetwórców, przetworzyć je, a następnie sprzedać. Gdy łańcuch ten staje się długi i trzeba transportować żywność na duże odległości, okazuje się, że dochodzi do niewydolności systemu. U nas tego nie było. Wszyscy mieli żywność, a na półkach niczego nie brakowało. To było najlepsze świadectwo tego, że polscy producenci sobie poradzili, a krótkie łańcuchy dostaw się sprawdziły. Dlatego trzeba jak najszybciej rozbudowywać polskie przetwórstwo, zwłaszcza to lokalne, i szukać rozwiązań, które ułatwią im dostęp do rynków. Druga kwestia jest taka, że Polacy w większości to lokalni patrioci. To bardzo istotne, że kupujemy nadal u lokalnych przedsiębiorców i na lokalnych rynkach. To również efekt pandemii, że Polacy chętniej kupowali w małych sklepikach niż w supermarketach. Jeżeli utrzyma się ten trend kupowania lokalnie – zgodny z polityką rządu PiS Mateusza Morawieckiego, ale i obecnie UE, która pierwszy raz odchodzi w rolnictwie od globalizmu – będzie to duża szansa dla polskich rolników.

Skoro jesteśmy przy temacie supermarketów, przypomnijmy, że niedawno pojawiła się informacja o ogromnej karze dla sieci Biedronka. Czy wpłynęło to na relacje supermarkety vs polscy rolnicy?

Po pierwsze, to raczej jest pytanie o to, jak ta kara wpłynęła na tych, którzy w podobny sposób wykorzystując rolników, funkcjonowali wcześniej. Rzeczywiście kwota, którą ma zapłacić Biedronka, jest rekordowa, ale to kara za działania niezgodne z prawem i inna być nie mogła. Rolnikom nie płacono za dostarczone produkty tyle, ile przedstawiała umowa. Niedopuszczalne jest stawianie producentów pod ścianą i zmuszanie ich do podpisywania niekorzystnych dla nich aneksów i tego typu podobnych praktyk. Nie ma zgody ani rządu, ani mojej na to, by duże sieci wykorzystywały polskich rolników. Dlatego jak będzie się to powtarzało, będziemy konsekwentni. 

Czy zdarzały się sytuacje, że w dużych sieciach polska żywność była traktowana gorzej niż zagraniczna?

Spotkałem się z sytuacją, w której duża sieć handlowa chętniej współpracowała z tymi kontrahentami, którzy sprowadzali produkty ich własnej marki. To jest związane bezpośrednio z tym, że koncerny zagraniczne są kapitałowo powiązane, a przez to na półkach danych sieci częściej pojawiają się produkty powiązane kapitałowo nie z polskimi rolnikami i przedsiębiorcami, lecz z tymi zagranicznymi – pochodzącymi z kraju, do którego dana sieć należy. 

Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji?

To są działania, które bardzo źle oceniam, ale funkcjonujemy na wspólnym rynku europejskim. To, co możemy zrobić, to zachęcać do lokalnego patriotyzmu, tak aby Polacy wybierali w sklepach nasze produkty, od polskich producentów. Teraz wprowadzamy paszportyzację żywności. To bardzo ważne, bo da pewność konsumentom, że dany produkt jest polskiej produkcji i został przetworzony w Polsce. Niejednokrotnie pojawiały się opinie, że nadużywano tych znaków, które już zostały wprowadzone, jak na przykład „Produkt Polski”, i wprowadzano konsumenta w błąd. Teraz będzie inaczej, co mam nadzieję wpłynie na decyzje konsumentów, którzy w poczuciu bezpieczeństwa będą mogli wybierać polskie produkty. Poza tym uruchomiliśmy akcję „Solidarni z rolnikami” po to, by budować świadomość konsumentów, jak ważne jest dla naszego wspólnego dobra i podnoszenia standardu życia wspieranie polskiego lokalnego rolnictwa. To ważne, aby w tym przypadku Polacy brali przykład z Włochów czy Francuzów i kupowali od rodzimych producentów.

Czesi chcą wprowadzić prawo nakazujące sklepom, by 55 proc. towarów było rodzimej produkcji. To wykonalne?

Z tego, co wiem, premier Czech krytycznie wypowiedział się na ten temat. Prawo, które chcą wprowadzić Czesi, łamie zasady UE i z pewnością nie uzyska notyfikacji Komisji Europejskiej. Z naszej, polskiej perspektywy jest ono również niedopuszczalne. Zwróciliśmy się z pismem do rządu Czech, aby wycofał się z tego pomysłu. Polska jest dużym eksporterem żywności do Republiki Czeskiej. Sprzedajemy tam towary o wartości 1,5 mld zł i w naszym interesie jest, aby nie naruszać spójności rynku europejskiego. Pochodzę z regionu sąsiadującego z Czechami i na co dzień widzę, jak wyglądają relacje polsko-czeskie. Czesi przyjeżdżają do nas na zakupy i chętnie wybierają również polskie produkty. Źle by się stało, gdyby ta przyjaźń międzynarodowa została teraz zerwana.

Dużo się mówi o lobbingu w zbrojeniach czy branży farmaceutycznej, ale mało o tym na rynku żywności. Czy widzi Pan ten problem w Polsce?

Każda branża, każdy obszar zmaga się z wewnętrzną konkurencją, nie zawsze uczciwą. Jest oczywiste, że zagraniczne koncerny będą reklamować swoje produkty. Niestety często dyskryminując nasze towary. Ten lobbing jest wewnątrzkrajowy, ale również dotyczy walki o rynki zagraniczne. Abyśmy mogli się rozwijać, musimy przede wszystkim zapełnić rynek pierwotny, nasz wewnętrzny, a w drugim kroku skupiać się na sprzedaży na zewnątrz. Tu pojawia się pytanie, w którym momencie rozpocząć walkę o rynki zewnętrzne. Wiemy, że na przykład rynek wołowiny jest bardzo mocno rozwinięty na rynkach europejskich i tu konkurencja będzie ciężka, dlatego musimy rozwijać eksport w wielu kierunkach. I jest to jeden z moich podstawowych celów, jakie chciałbym spełnić w tym roku, aby ułatwiać kontakty międzynarodowe na innych rynkach, a nie tylko europejskich. 

Na początku rządów Zjednoczonej Prawicy sporo uwagi poświęcano stadninom koni. Mówiono o ich fatalnej kondycji. Jak to teraz wygląda?

Z pewnością sytuacja stadnin obecnie nie jest łatwa, ale absolutnie nie można powiedzieć, żeby była tak zła, jak przedstawia to opozycja. Wszystkie stadniny na świecie, szczególnie te topowe, mają swoje problemy. W naszym kraju mamy kilka znanych stadnin, jak na przykład w Janowie czy Michałowie, które przez wiele lat zaniedbań doprowadzono do sytuacji tragicznej i w takiej zastał je rząd Prawa i Sprawiedliwości. Powtarzam, to były lata zaniedbań. Obecnie stadniny są podmiotami państwowymi. Ich sytuacja finansowa nie jest łatwa, ale jest pod kontrolą. Najważniejsze, by wartość narodowa, jaką jest hodowla koni arabskich, mogła funkcjonować i abyśmy mogli z dumą chwalić się polskimi ogierami i klaczami. Nie jest tajemnicą, że stadniny utrzymują się również z produkcji rolnej. Dlatego przeprowadzamy inwestycje tak, aby zrównoważyć produkcję rolną i hodowlę, żeby finalnie te podmioty były w dużym stopniu samowystarczalne. 

PiS zapowiadało stworzenie Polskiego Holdingu Spożywczego. Jaka obecnie jest w tym rola Ministerstwa Rolnictwa? Jak ten pomysł pomoże polskim rolnikom?

Powstanie grupy, która miałaby być narzędziem do czasowego skupu interwencyjnego, jest bardzo potrzebne. To jednoznacznie pokazała sytuacja w pandemii. Brak przetwórstwa w Polsce spowodował, że ceny dyktowane są przez kapitały obce. Przykładem jest to, że koncerny zagraniczne, które mają większościowe udziały w ubojniach, są w stanie skupować mięso z zagranicy, pomijając polskiego rolnika. Mechanizm skupu interwencyjnego wymaga od nas, aby mieć narzędzia zapobiegające tego typu dyskryminacji. Powstanie takiego holdingu spowodowałoby scentralizowanie spółek, które i tak dzisiaj funkcjonują pod KOWR-em. Dobrze by było, aby Holding Spożywczy powstał pod Ministerstwem Rolnictwa. 

Czyli będzie walka z Ministerstwem Aktywów Państwowych?

Tu nie chodzi o walkę, lecz o optymalne rozwiązanie, które będzie służyć polskiemu społeczeństwu i polskim rolnikom. 

To jeszcze pytanie o „piątkę dla zwierząt”. Projekt trafił do szuflady. Był tam zapis o likwidacji ferm futrzarskich. Za to dzisiaj mamy kwestię koronawirusa na fermach. W powiecie kartuskim zlikwidowano pierwsze stado norek. Jaka jest przyszłość tego biznesu? 

W pytaniu jest błąd logiczny. Nie można łączyć tych dwóch spraw. Nie łączmy ochrony życia ludzkiego z ustawą o ochronie zwierząt. To są dwa różne tematy. Ustawa o ochronie zwierząt dotyczy dobrostanu zwierząt, czyli tego, jak są hodowane i zabijane. Tymczasem sytuacja w powiecie kartuskim związana jest z ochroną życia ludzkiego. Stajemy przed pytaniem, co jest ważniejsze: hodowla norek czy życie ludzkie? Myślę, że każdy odpowie, że życie ludzkie jest ważniejsze. Dlatego musieliśmy podjąć decyzję o tym, by zlikwidować stado w powiecie kartuskim. Tam bezpośrednio występowało zagrożenie życia ludzkiego. Wiemy, że wirus Sars-CoV-2 mutuje w organizmach norek, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć skutków takiego procesu. Stąd wybór: grupa osób zajmujących się biznesem futrzarskim czy zdrowie i życie Polaków? Przecież na początku pandemii słyszeliśmy o jednym chińskim mieście, z którego wirus rozprzestrzenił się na cały świat. Jakie będą konsekwencje, jeśli na fermach norek w Polsce wirus zmutuje i tym razem pandemia zacznie się u nas? Dlatego przygotowaliśmy stosowne rozporządzenia na ten wypadek. Wszystkie działania podjęliśmy wcześniej, kierując się doświadczeniami innych państw, bo przewidzieliśmy, że do takiej sytuacji może dojść. Oponenci cynicznie wykorzystują tę sytuację do walki politycznej. Pytam się więc tych atakujących: co by było, gdyby zmutowany wirus przeniósł się na ludzi i wywołał kolejny kryzys pandemiczny? Co by wówczas mówili?

A co z ewentualnymi odszkodowaniami? Niektórzy domagają się 800 zł za norkę. 

Kończymy prace nad przygotowaniem aktów prawnych, które miałyby bezpośrednio wpływać na wypłatę odszkodowań. Ważnym elementem będzie to, czy hodowle były prowadzone zgodnie z obowiązującym prawem i czy nie dochodziło tam do naruszeń. Czy były zachowane zasady bioasekuracji. Jeżeli ktoś prowadził hodowlę zgodnie z prawem, to nie ma się czego obawiać. 

Szczepan Wójcik i jego środowisko twierdzą, że stworzą pod Radomiem największą na świecie aukcję skór. Biznes planują razem z Chińczykami. Jak Pan Minister podchodzi do takich zapowiedzi?

W momencie, gdy okazuje się, że norki przenoszą niebezpiecznego wirusa, który do tego może mutować i jest bardzo groźny dla ludzi, na co mamy dowody, z pewnością nie ma dyskusji na temat takiej działalności. W tym momencie rozmawiamy o tym, jaki będzie los hodowli pod kątem ratowania zdrowia i życia Polaków, a nie o giełdach i aukcjach.

Kwestia Lasów Państwowych i tego, czy mają się znaleźć pod Ministerstwem Rolnictwa czy pod resortem środowiska, podzieliła rząd i prezydenta. Jak Pan podchodzi do tego tematu?

Wcale mocno nie podzieliła. Mieliśmy bardzo merytoryczne rozmowy z panem prezydentem Andrzejem Dudą na ten temat i przekonywaliśmy do różnych kwestii. Mogę tylko powiedzieć, że jeżeli LP byłyby w gestii Ministerstwa Rolnictwa, z mojego punktu widzenia byłoby to korzystne szczególnie przy walce z ASF-em. W tej chwili kompetencje istotne dla walki z tą chorobą są podzielone między dwa resorty. Jeśli zapadnie ostateczna decyzja i LP przejdą pod MRiRW, wtedy będziemy mogli rozpocząć dyskusję o planach i wizji ich rozwoju w ramach naszego resortu. 

     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze