Tęczowa pięść i nóż

Felieton [Jedziemy]
Z pewnością były okazje. Nie jedna i nie dwie. Za każdym razem, za czasów rządów SLD czy Platformy, gdy ktokolwiek z uczestników happeningu czy manifestacji legitymowany był przez policję. Gdy po manifestacjach zwozili nas na komisariat, można było rzucić się z łapami, można było cisnąć parę bluzgów. Jednak niezależnie od tego, jakie były powody manifestacji, nie robiliśmy tego.  Niezależnie od tego, czy manifestowaliśmy w związku z wizytą kagiebisty plującego na polskie ofiary komunistycznego reżimu, czy kiedy domagaliśmy się śledztwa w sprawie tragedii smoleńskiej. Kiedy na Krakowskim Przedmieściu trzeba było trzymać nerwy na wodzy, żeby nie przypalantować nawalonemu jak autobus kretynowi z pobliskiej knajpy, albo kiedy wysłani przez Hannę Gronkiewicz-Waltz strażnicy miejscy
17%
pozostało do przeczytania: 83%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@www.gazetapolska.pl

W tym numerze