Komendant Waksmundzki

Minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński zakazał dalszej działalności Muzeum Czynu Niepodległościowego na krakowskich Oleandrach. Mimo że decyzja ma rygor natychmiastowej wykonalności, „opiekun” placówki – Krystian Waksmundzki – nie chce się podporządkować, twierdząc, że żadnego pisma w tej sprawie nie otrzymał. To nie pierwsza afera związana z komendantem Waksmundzkim (tak każe się on tytułować). 

Od 1989 roku jest komendantem Związku Legionistów Polskich, który ma siedzibę tam, gdzie muzeum, czyli w Domu im. Józefa Piłsudskiego, zwanym też Domem Legionisty. Stąd w 1914 roku wyruszyła pierwsza kompania kadrowa, „jako czołowa kolumna Wojska Polskiego idącego walczyć o oswobodzenie Ojczyzny” – o czym przypomina pamiątkowa tablica. Ale historyczne miejsce można zwiedzać tylko za zgodą komendanta. To, obok niewłaściwego przechowywania cennych zbiorów, powód interwencji ministra kultury. Niektóre pamiątki zresztą w dziwny sposób znikają. Ślad działalności komendanta można znaleźć nawet w klasztorze na Jasnej Górze. W miejscu, gdzie była buława i szabla marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, straszy dziś napis: „Ukradzione przez Związek Legionistów Polskich”. Za ten czyn sąd skazał Krystiana Waksmundzkiego na dwa lata więzienia. Jednak po roku ułaskawił go warunkowo ówczesny prezydent Kwaśniewski. Do dziś bezcenne pamiątki narodowe nie odnalazły się. A Waksmundzki utrzymuje, że robi to wszystko z miłości do Śmigłego-Rydza, z którym dodatkowo jest blisko spokrewniony. Swojego pokrewieństwa nie potrafi jednak udowodnić. Waksmundzki dał się poznać już w PRL-u. W lipcu 1986 roku z pomieszczeń Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa zabrał 65 urn do przechowywania ziemi składanej w Kopcu Piłsudskiego. Prócz tego klucze i pieczątki komitetu, który opiekował się obiektem. W 1992 roku sąd warunkowo umorzył postępowanie. W ubiegłym roku Waksmundzki przegrał w sądzie sprawę o zasiedzenie domu na Oleandrach przez Związek...
[pozostało do przeczytania 2% tekstu]
Dostęp do artykułów: