Kandydatka na śmietnik

Jeszcze wczoraj – ta mądrzejsza, bardziej wykształcona, reprezentująca „lepszych” Polaków. Kandydatka dla intelektualistów i elity. Dama nowej, europejskiej Polski, która przywróci „normalność”. Dziś – wyśmiewana i pogardzana nawet przez własne zaplecze polityczne. Obiekt drwin. Jej jedynym ratunkiem jest bojkot wyborów, w których nawet sama nie wie, czy chce brać udział. Oto krótka historia Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.

Farsa nazwana „kampanią Kidawy” rozkręca się i staje się coraz bardziej absurdalna, także dla przeciętnego wyborcy PO. Nic dziwnego, że poparcie dla byłej marszałek Sejmu zdołało spaść wielokrotnie poniżej poparcia dla jej partii. Raz startuje w wyborach, raz je bojkotuje. Albo bojkotuje, ale chce być dalej na liście wyborczej. Zmuszona do wspierania akcji ewidentnie jej nie pomagających, jak ostatni list byłych premierów i prezydentów nawołujących do bojkotu wyborów. List, który jest jednocześnie dość oczywistą deklaracją tychże „autorytetów” zniechęcenia i braku wiary w platformerską kandydatkę. 

Gorący kartofel
Ta cała groteska przekłada się też na samo zachowanie Kidawy. Coraz bardziej zmęczonej i pogubionej. Jej wystąpienia zawierają wciąż wzrastającą liczbę idiotycznych wpadek, zawierają taką ilość błędów, że ciężko już nawet zrozumieć, o czym właściwie kandydatka mówi. Zresztą – niewiele się traci, bo przez te miesiące Platforma nie zdołała stworzyć dla niej spójnego przekazu, jakiegokolwiek programu politycznego. Zamiast tego mamy wybuchy agresji przetykane pełnymi patosu odezwami, wymieszanymi bez ładu i składu, pozbawionymi jakiegokolwiek elementu pozytywnego wykraczającego poza – od dawna już skrajnie histeryczną – krytykę obecnej władzy. Aż ciężko nie zacząć żywić do Kidawy-Błońskiej pewnego typu współczucia. Zostawiona przez wszystkich, traktowana jak „gorący kartofel”, do którego nikt nie chce się przyznać. Pozbawiona możliwości realnego działania, wydana na pastwę chaosu...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: