Czas karłów

Pandemia koronawirusa pokazała jedną zasadniczą rzecz. Na świecie mamy dzisiaj kompletny kryzys przywództwa. Donald Trump budzi jedynie uśmiech, gdy przekonuje, że wszystko w USA jest fantastycznie, a w tym samym czasie liczba zmarłych sięga już kilkudziesięciu tysięcy. Pełen sukces i działania w samą porę. Ale i tak wypada o niebo lepiej niż jego koledzy z Europy Zachodniej.

Emmanuel Macron sprawia wrażenie człowieka tak zagubionego, że dzisiaj zasadne jest postawienie pytania, czy do łazienki chodzi sam, czy jednak z przewodnikiem. W zwykle rozsądnej Wielkiej Brytanii premier i minister zdrowia o mało nie zmarli z powodu koronawirusa, a Boris Johnson najpierw przekonywał o odporności stada, aby potem się z tego wycofać. O południu Europy nie ma co pisać. Północ z kolei, co to postawiła na młodych, też jakoś nieprzekonująca, mimo że to i o ich interes chodzi. Imperium chińskie, które od lat według propagandy ma wyrastać na światowego przywódcę, zachowało się jak każde komunistyczne państwo teoretyczne, czyli kłamało i ładowało w propagandę. Tą samą drogą poszedł Władimir Putin, który też udawał kozaka, a znając stan rosyjskiego imperium, za chwilę będzie tam katastrofa humanitarna. Urzędasy w UE zaczęły działać dopiero wtedy, kiedy już nie dało się robić kolejnych uników i udawać, że to nie ich problem. Smutny obraz uzupełnia pajac z WHO, etiopski safanduła Tedros Ghebreyesus, który gdyby miał choć cień honoru, to wróciłby do swojego kraju do pasania krów. Odnoszę też wrażenie, że i Watykan ma kryzys przywództwa. Siedzę więc i zastanawiam się, gdzie są ludzie na miarę Ronalda Reagana, Margaret Thatcher, Konrada Adenauera, Alcide De Gasperiego, Winstona Churchilla czy naszego wielkiego rodaka Jana Pawła II? Czy w tym kryzysowym czasie od światowych liderów usłyszeliśmy cokolwiek ciekawego? Jakąś koncepcję geopolityczną? Jakiś chociażby retoryczny zwrot na miarę „żelaznej kurtyny”? No właśnie. Ludzkość skarlała. I rządzą nami karły.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: