Wolę kwarantannę zamiast kampanii

W czasach, gdy rząd walczy z zarazą koronawirusa, starając się maksymalnie zminimalizować ryzyko rozprzestrzeniania się choroby i zmniejszyć straty gospodarcze, opozycja jest zajęta niemal wyłącznie jedną sprawą – przełożeniem wyborów. Próbuje się na rozmaite sposoby wykreować tę potrzebę, mimo że termin wypada 10 maja i w zasadzie nikt na świecie nie wie, co się do tego czasu wydarzy.

Najnowszą modą jest organizowanie przez polityków opozycji konferencji prasowych na otwartych przestrzeniach, gdzie chcącym ich słuchać dziennikarzom mówią oni, że nie mogą prowadzić kampanii. Oczywiście w wyborach 10 maja opozycja nie ma większych szans. Prawdę powiedziawszy, od początku miała mizerne szanse, bo kandydaci przez nich wystawieni po prostu są słabi. Jedyny więc ratunek to opóźnienie terminu wyborów i liczenie na to, że w związku z kryzysem, który niechybnie nas czeka, zmienią się nastroje społeczne i to na tyle, żeby być może w locie zmienić kandydata w wyborach. Scenariusze na kampanię sypnęły się i już nie rozmawiamy o tak ważnych sprawach, które zdominowały kampanię, czyli o tym, kogo pogryzła pani Turczynowicz-Kieryłło, o memach „Soku z buraka” oraz rutynowej debacie o debacie. Bardzo wiele straciliśmy. Pewnie bezpowrotnie zmarnowaliśmy okazję, aby poznać kolejny 24-pak Kidawy-Błońskiej, który pewnie zostanie zapamiętany jak poprzedni 6-pak Schetyny. Szczerze powiedziawszy, mam już dość kampanii wyborczej, która trwa od jesieni 2018 roku. Kończmy to jak najszybciej, bo wszystko wskazuje na to, że czekają nas poważniejsze wyzwania. A opozycja niech w końcu sobie uzmysłowi, że ludzie wybiorą ich tylko wtedy, gdy przedstawi realną wizję Polski, która będzie się pokrywać z oczekiwaniami. Jeśli nie znajdą pomysłu, to nadal większość nie będzie miała powodu, by na nich zagłosować. A jak się nie ma nic do powiedzenia, to nawet koronawirus tego nie zmieni. 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: