Nieprzewidziane zdarzenia i histeria

Kontrola, bezpieczeństwo, przewidywalność przyszłości – to wartości, na których opiera się współczesne, przynajmniej zachodnie, myślenie. Przecież postulat eutanazji, pomijam tu względy ekonomiczne, opiera się na pragnieniu tego, by kontrolować nawet moment własnej śmierci. Postulat aborcji oparty jest na pragnieniu wyeliminowaniu z życia „przypadkowej” ciąży, niezaplanowanego dziecka. I dokładnie na tym samym pragnieniu pełnej kontroli – jakkolwiek absurdalnie by to zabrzmiało – oparta jest obecna panika wokół koronawirusa. 

Świadomie używam słowa „panika”, bo choć pandemia jest możliwa, to zakazy odprawiania mszy świętych, wykupywanie towarów ze sklepów, robienie weków (a mam znajomą, która już zaczęła je robić), płacenie za maseczki wielkich pieniędzy itd. są już zwyczajną histerią, a nie słuszną i niekiedy konieczną ostrożnością. Histeria ta zaś jest wywołana właśnie tym, że ludziom wydaje się, iż mogą kontrolować swoje życie i swoją śmierć. Kłopot polega tylko na tym, że niezależnie od tego, jak bardzo byśmy się napinali, jak bardzo byśmy się starali, to śmierć jest jedyną pewną rzeczą w naszym życiu. Ona przyjdzie. A jeśli jeszcze jest coś, co do czego możemy mieć pewność, to fakt, że przyjdzie ona zupełnie niespodziewanie. Nikt z nas nie wie, kiedy i w jaki sposób ani w jakich warunkach. Nie da się jej kontrolować, nie da się jej uniknąć. A z czysto medycznego punktu widzenia o wiele bardziej prawdopodobne jest, że umrzemy na zawał, udar mózgu, nowotwór, a nawet w wyniku wypadku samochodowego niż z powodu koronawirusa. I nie piszę tego, by lekceważyć to zagrożenie, ale by przywrócić mu właściwy wymiar. Gdybyśmy wobec każdego zagrożenia zachowywali się tak jak wobec wspomnianego wirusa, to należałoby zaprzestać prowadzenia życia w ogóle. Najlepszą zaś ku temu metodą jest położenie się na ziemi, nakrycie gazetą i czołganie na cmentarz.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: