Przekonać część wspólną

Szanowni Państwo, sprawa jest jasna – oczywiście najlepiej by było, gdyby Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie w I turze. Byłoby taniej, szybciej i spokojniej. To jednak nie jest wcale takie pewne. Co więcej, powiadają, że prezydent Andrzej Duda, jeśli chce wygrać, musi zawalczyć o głosy spoza swojego środowiska, spoza elektoratu PiS. 

To prawda, ale gdzie ma ich szukać? Czy wśród wyborców PO? A może wśród Lewicy? Ewentualnie wśród zwolenników Kukiza i Kosiniaka-Kamysza, zblatowanych ze sobą jak Kargul i Pawlak pod koniec „Samych swoich”? Cóż, co do pierwszych dwóch grup wydaje się to wręcz niemożliwe – postkomuna, neomarksiści i zwolennicy III RP nie wydają się skłonni do refleksji, która pozwoli im głosować na kogoś, kto uosabia według nich całe zło świata. Inaczej rzecz ma się z wyborcami PSL-Kukiz’15 oraz niezafiksowanymi braunizmem-korwinizmem sympatykami Konfederacji. Łączy nas z nimi szacunek do tradycji, historii i wizja Polski silnej i niepodległej, niepodatnej na wichry ze wschodu i zachodu. To tam, w częściach wspólnych elektoratów, tkwi recepta na sukces. Podobnie jest z tymi, którzy zniechęceni polityką, na wybory w ogóle nie chodzą. Nie można jednak przy tym wpaść w pułapkę i robić do kogokolwiek umizgów. Niech więc sztabowcom Andrzeja Dudy nie przychodzi do głowy, by pakować prezydenta w ugłaskiwanie radykałów albo ściganie się z nimi. Nie ma także miejsca na wchodzenie w licytację z „wolnościowcami” mamiącymi wizją Polski rodem ze snu Korwin-Mikkego czy na próby ciągnięcia wołami do urn tych, którzy już dawno wypięli się na politykę. To beton i nie ma sensu brać się do jego kruszenia, szkoda sił i czasu, a przy okazji można skonfundować „swoich”. Szukajmy więc ludzi gotowych do rozmowy o Polsce. Ta dyskusja musi się jednak odbyć ponad głowami partyjnych liderów, trzeba dotrzeć do serc i umysłów wyborców.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: