Dzieje się historia

Umowa na zakup samolotów F-35 jest kontraktem historycznym, który będzie miał wpływ na uzbrojenie polskiej armii przez kolejne dekady. Politycznie jej podpisanie oznacza wejście do grona państw o ścisłej militarnej współpracy z USA i zyskanie przez Polskę skutecznego, supernowoczesnego sprzętu, który stanowi ważny element odstraszania potencjalnego agresora ze wschodu.

To oczywiście nie może się podobać ani w Berlinie, ani w Moskwie – stąd widać w postkomunistycznych mediach albo próbę lekceważenia znaczenia tego kontraktu, albo wprost atak na rząd i ministra obrony, który tę strategiczną decyzję przygotował i podjął.  
Warto przyjrzeć się szczegółom kontraktu, którego stronami są rządy Rzeczpospolitej Polskiej i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Przedmiotem umowy jest dostawa 32 samolotów F-35A wraz z pakietem szkoleniowym i logistycznym. Chodzi o zapas części zamiennych i eksploatacyjnych, a także o sprzęt dla obsługi naziemnej samolotów. Kontrakt obejmuje szkolenie pilotów i personelu technicznego oraz systemy szkoleniowe, w tym 8 symulatorów lotu. Dostawy samolotów rozpoczną się w 2024, a zakończą w 2030 roku. Co roku będzie trafiać do polskiego wojska od 4 do 6 egzemplarzy. Przylot pierwszych samolotów do kraju przewidywany jest na przełomie 2025/2026 roku. 
Opozycja i postkomuna w mediach powtarzają zarzut, że kupujemy samoloty bez możliwości offsetu, czyli produkcji części lub serwisowania F-35 przez polski przemysł. Tylko że nie informują o pewnej istotnej okoliczności. Korzyści przemysłowe związane z produkcją lub serwisowaniem F-35 otrzymały tylko państwa biorące udział w programie jego budowy. Program ten jest zamknięty. Polska otrzymała propozycję przystąpienia do niego w 2009 roku, gdy rządziła koalicja PO-PSL, a ministrem obrony narodowej był Bogdan Klich. Propozycję tę – przystąpienia do programu budowy supernowoczesnego samolotu stwarzającej niezwykłe możliwości dla naszego przemysłu– rząd odrzucił....
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: