Wirus z Chin

Za Chiny Ludowe – mówiliśmy w szkole, gdy się czegoś nie chciało zrobić. Teraz Chińczykom udało się coś zrobić – wstrząsnąć całym światem. Za pomocą wirusa, który wedle wielu oficjalnych wypowiedzi ma nie być wcale taki straszny, jak go malują. Że niby tylko dwa procent śmiertelności etc. Taka bardziej niebezpieczna grypa, no, może zapalonko płuc. 

Powstaje oczywiście pytanie natury logicznej – jeśli tak jest w istocie, to dlaczego w Chinach odizolowano od świata kilkadziesiąt milionów ludzi, zamknięto całe miasta, buduje się specjalne szpitale w dziesięć dni? Czy rzeczywiście nikt nie powinien się niepokoić i wszystko jest pod kontrolą? Właśnie w takich chwilach przydają się, często krytykowane, media społecznościowe. Można się bowiem z nich dowiedzieć, choćby od Chińczyków żyjących w Anglii czy w USA, co się dzieje w ich kraju, gdzie założono na ludzi totalną blokadę informacyjną, tak że niektórzy członkowie rodzin boją się nawet odpisywać na pytania w rodzaju „Co słychać?”. W internecie krążą rysunki ilustrujące to zjawisko: maseczka zostaje zerwana z twarzy ręką władzy i wepchnięta obywatelowi w usta, by milczał. Niektórzy lekarze epidemiolodzy – jak dr Eric Feigl-Ding z Uniwersytetu w Harvardzie – od początku piszą, ostrzegają, że jest bardzo możliwe, iż mamy do czynienia z naprawdę groźnym wirusem. Krytykują również zbyt opieszałe działanie Światowej Organizacji Zdrowia. Sytuację w Chinach przybliżają też dziennikarze zachodnich stacji telewizyjnych, którzy – jak Stephen McDonell z BBC – wrzucają do sieci nagrania z opustoszałych, wyglądających jak scenografia filmów katastroficznych, chińskich miast. Według wielu, panika i strach przed wirusem może wyrządzić więcej strat niż on sam. W sklepach brakuje towarów, a w niektórych chińskich dzielnicach ludzie stawiają barykady na ulicach i nie wpuszczają „obcych”. Jak będzie, zobaczymy. Tak czy siak, Netflix znakomicie wyczuł „timing” i wstrzelił się z serialem o pandemii. Się umie...
[pozostało do przeczytania 2% tekstu]
Dostęp do artykułów: