Propagandowy armagedon. Busz płonie co roku

10 mln ha, 1 mld zwierząt, w tym tysiące kochanych misiów koala, kilkadziesiąt tysięcy domów i 29 ofiar w ludziach – pobieżny bilans pożarów miał przestraszyć świat. Naukowcy mówią o momencie krytycznym, po którym już nic nie będzie takie samo. A kto pamięta, że w sezonie 1974–75 pożary były dziesięć razy większe? O co w tym wszystkim chodzi?

Zacznijmy od proporcji. Australia to kraj wielkości kontynentu. Zajmuje 7 692 000 km², czyli 769 mln ha. To oznacza, że kraj ten jest blisko 25 razy większy od Polski i stanowi około 75 proc. całej wielkości Europy. Na tym ogromnym obszarze żyje blisko 25 mln osób, czyli dużo mniej niż w Polsce i prawie 30 razy mniej niż w Europie, z czego około 16 mln przypada na pięć największych miast położonych na wybrzeżu. Mówimy więc o państwie złożonym głównie z bezdroży i terenów niezamieszkanych przez ludzi. Większość krajobrazów interioru to scrub, czyli tereny składające się z twardolistnych zarośli, krzewiastych gatunków eukaliptusów i akacji. Cechą charakterystyczną dla tego typu siedlisk i gatunków są właśnie pożary, które towarzyszą tym terenom od tysięcy lat.

Wcale nie największe
Uzbrojeni w podstawowe fakty możemy zacząć śledzić relacje z Australii. Jak dowiadujemy się z mediów i od naukowców, w tym sezonie spłonęło już 10 mln ha Australii, czyli 1,25 proc. terytorium tego kraju. To oczywiście nadal dużo, ale czy rekordowo? To stwierdzenie nie wytrzymuje konfrontacji w zderzeniu z faktami. Australia ma długą historię walki z pożarami i niemal tak samo długą historię fake newsów dotyczących ognia. Po wybuchu histerii związanej z tegorocznymi pożarami (zresztą to już druga taka histeria na przestrzeni ostatniego półrocza; pierwsza miała związek z Amazonią) natychmiast zaczęto przytaczać historyczne relacje o pożarach. Z pewnością są one obciążone dużymi błędami, ale jest pewne, że mieszkańcy tego kontynentu już od 1851 roku, od tzw. pożarów czarnego czwartku, gdy...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: