Demokracja jak dorsz

Od niemal dwóch dekad, że są problemy z dorszem w Bałtyku. Komisja Europejska od lat nakłada na polskich rybaków limity i obostrzenia, aby broń Boże nie wyłowili wszystkich ryb w morzu. Jak zwykle Polska robi jednak tutaj za czarnego luda, którym straszy się wszystkich dookoła, a w tym czasie Duńczycy robią sobie z dorszem dokładnie to, co chcą.

No ale to już pozostawmy na boku. Upraszczając wszystko, to od 2004 roku, gdy nasz kraj przystąpił do UE, Komisja chroni ryby przez limity, a w efekcie tej polityki w 2020 roku trzeba zakazać połowów w ogóle. Zasadne jest więc pytanie, czy Komisja Europejska złożyła jakąkolwiek samokrytykę? Czy jakikolwiek urzędnik poniósł konsekwencje? I po kiego grzyba były te limity, skoro nic nie ochroniły? Oczywiście mają Państwo instynktownie rację. KE nie chciała nic chronić, lecz jedynie wyeliminować potencjalną konkurencję dla silniejszych państw. Do tego służy właśnie współczesna gadka ekologiczna. Jest również pewne, że obecny zakaz nie wyeliminuje problemu, a jedynie wykosi małych rybaków. Ogromne duńskie konsorcja będą sobie hulać, jak hulały. Podobnie jest z ochroną polskiej demokracji przez UE. Wszyscy rozsądnie patrzący na politykę widzą, że nie chodzi o poszczególne słowa w ustawach czy jakiekolwiek zagrożenie. To normalna walka konkurencyjna, w której promuje się swoich, na pohybel wszystkim wrogom. Na końcu pleców różne Timmermansy mają gdzieś, czy was gazowali i pałowali za czasów komuny i PO-PSL. Nie obchodzi ich, że sprawiedliwości w sądach można się spodziewać tylko, gdy sędzia po 15 latach procesu akurat się pomyli na twoją korzyść. Niewydolność państwa też ich nie interesuje. Są żywotnie zainteresowani tym, aby rządzili ich ludzie, którzy będą z nimi chronić dorsze. Polacy w przeciwieństwie do ryb mają jednak głos. I czasem z niego korzystają.
 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: