U garncarza pod gołym niebem. Sztokholmski Skansen

Tak właśnie wygląda rzeczywistość najstarszego skansenu świata, od którego wzięły nazwy inne podobne muzea na świecie. Historii oglądanej pod gołym niebem.

Poranny Sztokholm właśnie budzi się do życia. Szwedzi szturmują biura. Część udaje się jeszcze na poranną kawę do jednej z rozlokowanych pod przeźroczystymi biurowcami kawiarenek. Szum wiatru miesza się ze stukotem tramwajów. Ryk silników z pokrzykiwaniami rowerzystów. A wystarczy przecież przejść przez most i wejść na niewielką wyspę Djurgarden. I wkrótce znajdziemy się przed bramą słynnego muzeum.

Przed nami inny wymiar. Gdzieś zniknął huk aut. Nie ma już też klaksonów. Jest pierwsza połowa XIX wieku. Szwedzka prowincja. Kilka domów. Gdzieś w wysokiej trawie słychać leniwe mruczenie kota i pianie koguta. Z malowniczego budynku wiejskiej poczty wychodzi listonosz. Aktualnie jedyny aktor całej obserwowanej sceny. Wszyscy prawdopodobnie pracują w tej chwili na roli. Listonosz niespiesznie zabiera się do przygotowania swojego roweru-składaka do kolejnego objazdu po wsi. Jesienne słońce sprawia, że żywo pokolorowane okoliczne domy przypominają teraz klocki LEGO. Tych jeszcze jednak nasz listonoszowy bohater nie ma prawa znać. Ole Kirk Christiansen wymyśli je dopiero w 1932 roku. Listonosz rusza. Mija wiatrak. Zaraz za nim pierwsza zagroda. Zadbana i czysta. Jak to w Skandynawii. Brodaty Olaf wychodzi zza progu, by pozdrowić naszego bohatera. Ten jedzie dalej. Musi zwolnić. Przez ścieżkę przechodzą trzy krowy. Niespiesznie i dostojnie. Jeszcze kilkaset metrów i listonosz dojeżdża do ogrodzenia otaczającego dom, z którego dobywają się głośne dźwięki obijania. To Anders – tutejszy dmuchacz szkła.

– Anders! – krzyczy zza ogrodzenia listonosz.
– Co tam –słychać z wnętrza pracowni.
– Chodź tu na chwilę z łaski swojej. Pocztę mam dla ciebie.
Krótka wymiana uprzejmości. Pytania o zdrowie. O pracę, zamówienia. I na koniec klasyczne już, zadawane co...
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: