W kleszczach przeciętności

Małgorzata Kidawa-Błońska będzie kandydatką Platformy Obywatelskiej na prezydenta Polski. Oczywiście nie miała kontrkandydata, bo dla Jacka Jaśkowiaka nawet prezydentura Poznania to zdecydowanie za dużo. Sposoby wyboru kandydatów opozycji pokazują marność jej liderów.

Nadal bowiem w doborze dominuje logika partyjna, w której bardziej niż sympatia zwolenników liczy się to, czy poparcie danego kandydata może wzrosnąć na tyle, by zagrozić pozycji lidera. Każdy w Polsce wie, że nie jest to recepta na sukces, ale raczej na marginalizację. Jeszcze zabawniej jest na lewicy. Trio Adrian Zandberg, Włodzimierz Czarzasty i Robert Biedroń są tak zajęci walką o to, by wszyscy zostali równi, że będą topić jeden drugiego, a w wyborach pójdą ścieżką sprzed pięciu lat. Opozycja miała inną drogę. Wystarczyło po wyborach schować do kieszeni własne ambicje i poprzeć na stanowisko prezydenta Władysława Kosiniaka-Kamysza. Ten człowiek, z twarzy podobny zupełnie do nikogo i mimo lat w polityce o nadal nieustalonych poglądach, był jak na razie jedyną opcją na zwycięstwo. Nie zdecydowano się na to, z pewnością w obawie przed rosnącą pozycją PSL-u. Dokonano więc decyzji na minus. W to wszystko wmieszał się Szymon Hołownia. Trudno powiedzieć, czy manewr się uda. Rezultat końcowy zależy w tym wypadku od zachowania Hołowni względem pozostałych partii opozycyjnych. Musi pokazać, że jest orłem wśród wróbli. To oznacza bycie drapieżnikiem i ostrą wymianę ciosów z innymi kandydatami opozycji. Nie jestem jednak przekonany, że Hołownia będzie skłonny wyjść z kleszczy przeciętności w opozycji. Szansę na wygraną bowiem ma niezbyt dużą, a wrogowie zostaną na całe życie.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: