Napad przed bankiem. Była zbrodnia, kary brak

Łupem bandytów padło niemal półtora miliona złotych, podczas napadu zginął konwojent. Śledztwo przeprowadzono na niespotykaną wcześniej skalę, a i tak mordercy do dziś pozostają nieznani, choć minęło… 55 lat!

Ta zbrodnia należy do największych zagadek kryminalnych. Spekulowano, że sprawcami byli agenci służb specjalnych PRL – stąd ich bezkarność.

Historia napadu z 22 grudnia 1964 roku, do którego doszło w centrum Warszawy, była wiele razy opisywana, a pomimo upływu ponad pół wieku nadal domysły dominują nad faktami. Wprawdzie co pewien czas pojawiają się „przełomowe” informacje, ale nie ma już wątpliwości, że sprawcy jednego z najbrutalniejszych rabunków nigdy nie staną przed sądem. – Karalność tych przestępstw się przedawniła – przyznał „Kryminalnym” prokurator Łukasz Łapczyński z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Przed ówczesnymi świętami Bożego Narodzenia obroty w Centralnym Domu Towarowym (późniejszy Smyk) były ogromne. Gotówkę z całodobowego utargu przewożono do pobliskiego „Domu pod Orłami” przy ulicy Jasnej, gdzie mieściła się siedziba Narodowego Banku Polskiego. Tamtego dnia kwota była wręcz astronomiczna – niemal milion czterysta tysięcy złotych. Pomimo to pieniądze zapakowano do jutowego worka, ochronę stanowiło zaledwie dwóch strażników, którym towarzyszyła kasjerka, i wszyscy wsiedli do osobowej warszawy. Na miejsce dotarli bez problemów, ale...

W chwili, gdy niosący worek z pieniędzmi konwojent Stanisław Piętek zbliżał się do drzwi banku, został zaatakowany przez idącego od strony ulicy Jasnej niskiego mężczyznę w szarej jesionce. Mężczyzna strzelił konwojentowi w pierś, wyrwał rannemu worek i ruszył biegiem w kierunku ulicy Hibnera (obecnie: Zgoda). Dowodzący konwojem Zdzisław Skoczek próbował interweniować, ale został postrzelony przez drugiego napastnika, który po chwili zabił go dwoma strzałami z bliskiej odległości. Kasjerka Jadwiga Michałowska schowała się za samochodem i krzycząc...
[pozostało do przeczytania 61% tekstu]
Dostęp do artykułów: