Leggitima difesa

We Włoszech rozgorzała po raz kolejny dyskusja na temat obrony koniecznej. Pod Bolonią, w niewielkiej mieścinie Bazzano, pan Stefano Natalini, od wielu lat opiekujący się pewną willą, został w nocy obudzony jakimiś dziwnymi odgłosami. Okazało się, że przez ogrodzenie wdzierają się złodzieje. 

Jak pisze włoska prasa, cała ta okolica to zapomniana przez świat, zapadła dziura z różnymi uprawami, niewielkimi posiadłościami i obozowiskami, gdzie po nocach grasują złodziejskie bandy. Pan Natalini był przerażony. Wiedział, że wokół żywej duszy, a w wielkim domu był tylko on i jego żona. Widząc wchodzących do środka ludzi, zaczął strzelać. Część strzałów oddał w ciemność, część w stronę tych, którzy naszli jego domostwo. Następnego dnia rano, kilkadziesiąt metrów od posiadłości, znaleziono ciało młodego, dwudziestoparoletniego złodzieja, który zginął od postrzału. Oczywiście opinia publiczna podzieliła się na dwa obozy. W jednym jest konserwatywna prawica z Salvinim na czele, która od lat walczy o zaostrzenie prawa w kwestii obrony koniecznej, czyli „legittima difesa”, notabene podkreślając, iż każda obrona jest „legittima”, czyli „zgodna z prawem”, „prawna”, jak to brzmi we włoskim terminie (gdzie nie ma słowa „konieczna”, lecz właśnie „prawna”). W drugim obozie jest wielowariantowa lewica, która stawia pytania o to, jak i kiedy można stosować ostre środki we własnej obronie. Na pewno na kształt i formę tej dyskusji wpłynął drastyczny spadek poziomu bezpieczeństwa związany z niekontrolowaną imigracją. Badania statystyczne ujawniają bowiem ponurą prawdę – olbrzymia część imigrantów to przestępcy. Piszę o tym wszystkim między innymi dlatego, iż mam wrażenie, że temat prawa do obrony koniecznej i u nas (mimo że nie dopływają do nas pontony z Afryki), prędzej czy później, stanie się przedmiotem gorących publicznych sporów. Oby nie z takich powodów, jak to ma miejsce we Włoszech. Bo najlepsza „leggitima difesa”, jaką można mieć, to ta w postaci...
[pozostało do przeczytania 0% tekstu]
Dostęp do artykułów: