Joker. I kat i ofiara

„Joker” w reżyserii Todda Phillipsa to dojrzały dramat psychologiczny i społeczny. Oskarżenie pod adresem świata, który wraz z nędzą tworzy występek.

Dla wielu ten film będzie zdecydowanie zbyt lewicowy. Gotham City jest w nim pokazane jako miasto, którym rządzi skorumpowany establishment, zwijanie usług publicznych potęguje nędzę, a brak ochrony medycznej spycha słabych w odmęty rozpaczy i szaleństwa. Ale taką korelację między biedą a występkiem już dawno temu pokazał w swoim „Państwie” Platon. To niezwykłe, jak najstarsze filozoficzne tropy wracają w ambitniejszych popkulturowych dziełach.

O „Jokerze” jest głośno. Znakomita, choć sięgająca też do klisz, fabuła (wątek z rzeczywistością urojoną) to niejedyny jego walor. Wspaniałą pracę wykonał Joaquin Phoenix jako główny bohater. Jego smutny żartowniś jest przegranym mimem, człowiekiem, który za maską ukrył cierpienie swoje i ukochanej matki.

Joker przestał być groteskową i odrażającą figurą jak wówczas, gdy grał go Jack Nicholson. Stał się postacią z krwi i kości – pracującym ubogim żyjącym w nędznej dziurze, człowiekiem wyszydzanym przez kolegów z pracy, bitym bezkarnie przez ulicznych chuliganów. Jego późniejsze zbrodnie stały się prawdziwą tragedią – dzięki inaczej opowiedzianej historii, dzięki biografii, którą Phoenix uwiarygodnił świetną grą.

Nie bez znaczenia jest zderzenie śmiechu i grozy w tym filmie. Nie zdradzając zbyt wiele: choćby scena z karłem stojącym przy zamkniętych na łańcuch drzwiach sprawia, że widz odczuwa prawdziwą niepewność, co w popkulturze, nastawionej na oczywisty efekt, jest coraz rzadsze.

Oglądałem „Jokera” i miałem wrażenie, że to film o nadciągającej krwawej rewolucji, o potężnym kryzysie zachodniego świata. Oby to było tylko sugestywne złudzenie.

„Joker”
reż. Todd Phillips
USA 2019
Ocena: 6/6
[pozostało do przeczytania -4% tekstu]
Dostęp do artykułów: