Kaganiec na „Czajce”, czyli komu przeszkadzają ludzie

Awaria kolektora dostarczającego ścieki do oczyszczalni „Czajka” obnażyła naturę „ruchu działaczy ekologicznych” w Polsce i na świecie. Okazało się, że gigantyczna katastrofa ekologiczna, której skutków nie da się nawet przewidzieć, w ekopolitykach nie wywołała wielkich emocji.

Dla ekopolityków najważniejsze są działania, które mogą zatrzymać projekty służące wzmacnianiu polskiego państwa. W ostatnich dniach hipokryzja większości „ruchów ekologicznych” obnażyła się do cna. Dla nich ważniejszy jest przysłowiowy „motylek- pedrylek” niż ogromne – i stale wzrastające – zagrożenie dla zdrowia Polaków i stanu naszej przyrody, którego przyczyną jest warszawska korupcja i nieudacznictwo.
Warszawa zatruła już Wisłę aż do Zatoki Gdańskiej, a w TVN prezydent Trzaskowski głosi infantylne teorie, że „Wisła oczyści się sama”. Grozi nam wybuch epidemii, a otumanione nastolatki po społu z warszawskimi celebrytami protestują przeciwko „ociepleniu klimatu”. W tym czasie aktywiści Greenpeace blokują przypływający do Polski antracyt z Mozambiku. Inni „aktywiści” sposobią się właśnie do sabotowania przekopu Mierzei Wiślanej. Nikt z nich jednak nie odważa się mówić o ściekach płynących z Warszawy. Rtęć, azot, fosfor i szpitalne bakterie – tym prezydent Trzaskowski wzbogaca Królową Polskich Rzek i… ani instytucje europejskie, ani ekolodzy nie zauważają problemu.

„Czajka”, czyli rosnący problem
Katastrofa oczyszczalni to niejedyny problem Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie. Niewydolna jest również spalarnia osadów z tej oczyszczalni, w którą zainwestowano dotąd 700 milionów euro. Dwie firmy wywożą więc po cichu osady z Warszawy i zrzucają je do starych wyrobisk po kruszywie. Takie informacje porażają w swojej brutalnej wymowie – a więc nie chodzi tu o żadne bezpieczeństwo, celebryci z TVN gotowi są wykąpać się w wiślanej brei, byleby tylko nie przyznać, że politycy i warszawscy urzędnicy...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: