Pechowa „Szóstka”

Cztery lata Platforma Obywatelska pracowała nad programem wyborczym. Powstawał w trudzie i znoju, a cały gabinet cieni łamał sobie nad nim głowę, siedząc na tajnych naradach. Już widzę te dyskusje cienistego szefa resortu sprawiedliwości Krzysztofa Brejzy z szefem MSWiA Borysem Budką. Słyszę spory ministra cyfryzacji Arkadiusza Marchewki z odpowiedzialnym za infrastrukturę Sławomirem Neumannem.

Pewnie nic by z tego nie wyszło, gdyby nie praca przewodniczącego stałego komitetu rady ministrów w gabinecie cieni Stanisława Gawłowskiego. Ale w końcu jest. „Szóstka” Schetyny. Chociaż – jak wiadomo – premierem ma być Małgorzata Kidawa-Błońska. Problem z tymi obietnicami jest jednak taki, że nikt ich nie jest w stanie wymienić. I mówiąc: nikt, nie mam bynajmniej na myśli szerokiej masy wyborców, bo ona od dawna jest coraz mniej zainteresowana polską polityką i tym, co ma do powiedzenia Platforma, lecz samych polityków KO. W ciągu zaledwie dwóch dni dziennikarze przyłapali trzech liderów list KO, którzy nie są w stanie wymienić sześciu punktów programu. Kłopot miał też Grzegorz Schetyna. Jest to chyba pierwszy przypadek w historii, kiedy politycy zapomnieli o swoich obietnicach wyborczych jeszcze przed samymi wyborami. To nowatorski trend, ale na stałe może wpisać się do annałów marketingu politycznego. Tegoroczna kampania Koalicji Obywatelskiej obala jednak jeszcze jeden dogmat. Otóż okazuje się, że to, co robił Bronisław Komorowski w 2015 roku, to jeszcze nie było dno. W porównaniu z tym, co dzieje się w ostatnich tygodniach, były prezydent jawi się wręcz jak mąż stanu. No, chyba że najlepsze przed nami, a KO jeszcze odpali swoje gamechangery. Nadzieja jest jednak matką głupców.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: