3:0 dla PiS-u

Porównanie konwencji Koalicji Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości ma taki sens jak porównywanie polskiej pierwszej ligi, z niewiadomych przyczyn zwanej Ekstraklasą, z angielską Premier League. Niby politycy wykonują tę samą robotę co PiS, niby też chodzą w garniturach – zakładając do nich gacie i klapki przed kamerami TVN-u, jak Borys Budka – i nawet składają obietnice, ale jakoś ciągle widać bylejakość.

Małgorzata Kidawa-Błońska myli się w swoim przemówieniu, robiąc wrażenie jak jakiś przeciętny kopacz w naszej lidze, któremu piłka odskakuje przy każdym podaniu. Grzegorz Schetyna próbuje niczym trener pudrować rzeczywistość i zagrzewać okrzykiem „gramy do końca!”, chociaż wie, że nic z tego nie będzie. Do tego te tabuny fanatyków w internecie, którzy ślepi na rzeczywistość krzyczą, że to „KO jest najlepsza na świecie”. Tymczasem wychodząc z tej kibicowskiej matni i analizując obie konwencje, dość łatwo dojdzie się do wniosku, kto w tej konkurencji jest lepszy. Widzą to również zwykli Polacy, którzy ze wzruszeniem ramion przyjmują obietnice gigabajtów dla ludzi młodych, ale serio traktują zapowiedź podniesienia płacy minimalnej do 3 tys. zł. I to dlatego hat-trick Kaczyńskiego przebije się znacznie bardziej niż „sześciopak” Schetyny, którym głowy nie zaprzątają sobie nawet członkowie KO. O ile po wyborach do Parlamentu Europejskiego komentatorzy pisali, że PiS wygrał do przerwy, to czas biegnie, i do 70. minuty jest już 3:0. Koalicja Obywatelska wykorzystała też limit zmian. Może pomóc już tylko totalne rozluźnienie w szeregach PiS-u i seria samobójów. Niestety, tego nie da się nigdy wykluczyć, bo nie takie mecze już bywały.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: