Protesty w Hongkongu. Widmo drugiego Tiananmen

Władze chińskie mają poważny problem z Hongkongiem. Trwające od kilku miesięcy demonstracje nie słabną, zaś lokalne władze nie potrafią opanować sytuacji. Pekin zaczął więc straszyć interwencją armii i faktyczną likwidacją szerokiej autonomii byłej kolonii brytyjskiej. Pytanie, kiedy i czy w ogóle sięgnie po „opcję atomową”?

Rząd w Pekinie może wysłać wojsko do Hongkongu, jeśli lokalne władze nie poradzą sobie z protestami do połowy września – przestrzega znany z prokomunistycznych poglądów poseł parlamentu Hongkongu Michael Tien. Zasiadający jednocześnie w parlamencie ChRL Tien mówi, że władze w Pekinie nie chcą ryzykować sytuacji, w której przypadająca 1 października okrągła rocznica proklamacji Chińskiej Republiki Ludowej zostanie przyćmiona przez antyrządowe demonstracje w Hongkongu. Dlatego jeśli demonstracje nie ustaną, pozostaną tylko dwie możliwości: albo szefowa administracji regionu Carrie Lam wystąpi z formalnym wnioskiem o pomoc Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, albo Pekin jednostronnie ogłosi stan kryzysowy i wyśle tam żołnierzy. Brzmi groźnie, tyle że wcale nie jest to takie proste. Michael Tien powinien znać dobrze prawne ograniczenia. Skoro jednak mówi to, co mówi, to znaczy, że wpisuje się jedynie w rozpoczętą nie tak dawno kampanię nacisku i prób zastraszania demonstrantów zbrojną interwencją.

„Jeden kraj, dwa systemy”?
Zgodnie z chińsko-brytyjskim porozumieniem, w 1997 roku dawna kolonia Londynu trafiła pod zwierzchnictwo Pekinu, ale kapitalistyczny ustrój i styl życia w Hongkongu mają pozostać bez zmian przez co najmniej 50 lat po przyłączeniu do ChRL, czyli do 2047 roku. Zasada „jeden kraj, dwa systemy” zapewnia Hongkongowi szeroką autonomię we wszystkich właściwie dziedzinach oprócz polityki obronnej i zagranicznej. Jednak Pekin i jego lojaliści we władzach Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkongu (SAR) w ostatnich kilkunastu latach nieraz próbowali wprowadzać zmiany...
[pozostało do przeczytania 74% tekstu]
Dostęp do artykułów: