Wysunięta reduta

Wszystkie wojny, a szczególnie te kulturowe, zaczynają się od walk o panowanie nad językiem. W wojnie, jaką społeczność LGBT wytoczyła normalnej reszcie, doprowadzono do wycofania przez WHO homoseksualizmu z listy chorób (czytaj: zboczeń). Jak ewidentna większość dała sobie narzucić opinie sprzeczne z wielowiekową praktyką czy księgami świętymi wszystkich religii?

Poza dobrym zorganizowaniem mniejszości, jej największym sprzymierzeńcem okazało się właściwe wszystkim umiłowanie świętego spokoju. Co nam zależy – jeśli ktoś się czegoś dopomina, niech ma. Ludzie w normalnym życiu rzadko myślą o dalekosiężnych konsekwencjach. Postulat niedyskryminacji wydawał się oczywisty (choćby stojąc na gruncie ewangelii), szacunek prywatności powstrzymywał przed zaglądaniem bliźnim pod kołdrę, a przypadki rzeczywistych krzywd skłaniały do ujmowania się za pokrzywdzonymi. Niestety, na tolerancji dla odmienności się nie skończyło – żądania środowisk LGBT szły dalej, przede wszystkim narzuciły własny język. Dbając o zastąpienie dotychczasowych określeń neutralnymi, przyjaznymi, pederasta stał się gejem, trybada lesbijką, a sodomia przyjemnym rodzajem realizacji. Co gorsza, po żądaniach praw partnerskich przyszła kolej na śluby, adopcje dzieci. Zapewne pedofilia zostanie dozwolona przed upływem dekady. Jednocześnie ofensywa zaowocowała przeniesieniem wojny na teren przeciwnika. Tolerancja nie wystarczy, potrzebna jest akceptacja. Stąd oskarżenie o homofobię okazało się bronią równie potężną jak łata antysemityzmu. Coraz częściej zauważamy przejawy dyskryminacji à rebours – za homofobię można zniknąć z sieci, stracić pracę, stać się obiektem medialnej nagonki. Ale nie łudźmy się, nie ma takich ustępstw, które zadowolą agresorów spod znaku tęczy. Potrzeba silnego „non possumus” (jak biskup Jędraszewski). I codziennego minimum odwagi. Nazywania rzeczy po imieniu. Pederasta, Murzyn, Cygan od wieków mają swój sens i nie będę tego zmieniał w zależności od...
[pozostało do przeczytania 10% tekstu]
Dostęp do artykułów: