Król Lew rządzi w Tanzanii. Wokół hitu Disneya

Nowa produkcja Walta Disneya „Król Lew” w ciągu dwóch tygodni zarobiła 531 mln dolarów i z miejsca stała się kasowym hitem. W nowatorski sposób pokazuje faunę i florę, a widz ma niemal okazję wejścia do afrykańskiego świata zwierząt.

Pierwsza, animowana wersja „Króla Lwa” weszła na ekrany kin w 1994 roku i szturmem zdobyła serca widzów na całym świecie. Przez niemal dekadę żadna animacja nie była w stanie przebić sukcesu historii o Simbie i jego przyjaciołach. Polska wieś zaroiła się od psów nazywanych imieniem bohaterów z bajki, a całe to szaleństwo nie ominęło również mnie, setki razy oglądającego ten film na kasecie video i marzącego, by kiedyś zobaczyć Lwią Skałę.

Urealniony
Odnalezienie drogi do królestwa Mufasy nie było takie proste, bo w zasadzie nie wiadomo było, gdzie go szukać. Niektóre zwierzęta były narysowane tak grubą kreską, że bardzo trudno było określić, o który dokładnie gatunek chodzi. Przykład to chociażby majordomus Mufasy – Zazu – o którym wiadomo było, że jest przedstawicielem dzioborożców, ale nie wiadomo, którego gatunku. Pewną wskazówkę stanowiły imiona bohaterów, wywodzące się wprost z tradycji suahili, czyli języka używanego w Tanzanii, Kenii, Ugandzie, Rwandzie i Burundi. Trzeba jednak przyznać, że tak znane nam dziś słowa nie oznaczają nic szczególnie wymyślnego. Simba to po prostu lew, Pumba oznacza plewy, a Rafiki to przyjaciel. W każdym razie możemy śmiało zawęzić obszar poszukiwań do państw, które posługują się językiem suahili. Oczywiście wskazówką jest również chyba najbardziej charakterystyczna góra Afryki – Kilimandżaro. Nowe światło na to, gdzie może znajdować się Lwia Skała, rzuca też dzisiejsza produkcja Disneya. Film w aktualnej, komputerowej wersji znacznie zyskał na realności. Nie mamy już tutaj intensywnych pastelowych kolorów i różowo-fioletowych hipopotamów, a pojawiają się rzeczywiste zwierzęta, które można spotkać dzisiaj w zasadzie w jednym kraju na...
[pozostało do przeczytania 75% tekstu]
Dostęp do artykułów: