Aborcja obowiązkiem, nie prawem

Otwarcie furtki na zachowania niemoralne czy wprost złe zawsze prowadzi do eskalacji zła, do przekraczania kolejnych barier. Tak w wielkim skrócie podsumować można argument z „równi pochyłej”. I choć mam świadomość, że jest on intelektualnie dość słaby, to niestety w praktyce życia – o czym pisałem wielokrotnie – jest to jeden z najlepiej potwierdzonych argumentów w debacie bioetycznej.

Niedawny wyrok w Wielkiej Brytanii, gdzie sąd nakazał przeprowadzenie aborcji u niepełnosprawnej umysłowo kobiety, która chciała mieć dziecko, której matka chciała, by dziecko się urodziło, i której opiekunka socjalna sugerowała, że dziecko powinno się narodzić – jest tego znakomitym potwierdzeniem. Tam, gdzie aborcja staje się najwyższym prawem, przysługującym każdej kobiecie, która wyrazi takie życzenie, prędzej czy później stanie się ona także… obowiązkiem. A stanie się to tym szybciej, im bardziej „eugeniczne”, ale i patriarchalne jest dane społeczeństwo. I niestety, nie jest to przesada, czego smutnym przykładem jest uzasadnienie „przymusowej” aborcji na niepełnosprawnej Brytyjce. Uzasadniając ją, sędzia Nathalie Lieven przekonywała, że kieruje się najlepszym dobrem kobiety, bo kobieta ze względu na swój stan psychiczny i zmienne nastroje mogłaby stanowić zagrożenie dla dziecka. W konsekwencji mogłoby to doprowadzić do umieszczenia go w rodzinie zastępczej. Zdaniem sędzi aborcja wywoła u chorej mniejsze cierpienie niż ewentualne odebranie jej narodzonego dziecka. Jednym słowem w imię uniknięcia potencjalnego cierpienia u chorej wykona się na niej aborcję, zabijając dziecko, a także skazując ją na cierpienie związane z syndromem postaborcyjnym. A wszystko w imię… rzekomej ochrony. Tak się kończy logika aborcjonizmu.

 
[pozostało do przeczytania 1% tekstu]
Dostęp do artykułów: