Przy głównym stole jako… kelner

O wyborach europejskich ani mru-mru. Cicho sza. Nie dlatego, że poszły źle, bo z mojego punktu widzenia nie poszły źle, ale dlatego, że oddaję ten tekst tak ze 40 godzin przed wyborami. Będę więc pisał o czymś innym. A może tylko… pozornie innym.

Uwielbiam słuchać, jak politycy Koalicji Europejskiej powtarzają niczym mantrę, jak to bardzo chcą, by Polska była w UE przy głównym stole. Rzecz w tym, że śledząc ich polityczną działalność, mam nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, iż owszem, chcą Rzeczpospolitą widzieć przy głównym stole, ale jako… kelnera. Owszem, przy głównym stole, w lekko uniżonej postawie, z białą serwetką na dłoni i pilnie baczącym, żeby uczestnikom kolacji nie zabrakło jadła ani popitku. Ale też w myślach przeliczającym potencjalne napiwki. Otrzymywane zresztą zgodnie z prostym mechanizmem: im bardziej się pan kelner kłania i zgaduje myśli klientów, tym pewniejsze, że będzie suto wynagrodzony. A poza tym: co z pańskiego stołu skapnie – to jego. Ot i wszystko. Nikt wszak nie zaprzeczy, że kelner jest przy głównym stole, choć co prawda nie siedzi, lecz stoi, nie dyskutuje, lecz usługuje, nie bierze udziału w podejmowaniu decyzji, lecz dolewa wina, nie spiera się, lecz potakuje. Owszem, może nawet w głębi duszy nie myśli za dobrze o biesiadnikach, ba, może i z pogardą, gdy przekraczają granice zdrowego rozsądku w zakresie opilstwa.

Cóż, każdy ma takie „zaklęte rewiry”, na jakie zasłużył. Niektórzy tyle zobaczą w Europie, ile ujrzą, bijąc czołem o ziemię przed potęgami lub tymi, które ów bijący jegomość za potęgi uważa. I basta.

Może niemiło będzie tego niektórym słuchać, ale prawda nas wyzwoli: polityką międzynarodową kiedyś, dziś i zapewne w przyszłości będzie rządził darwinizm z jego archetypiczną walką „kto kogo” o byt, o przetrwanie, o poszerzenie obszaru do życia i polowania, per fas et nefas. Tak po prostu jest. Nawet jeśli ta wizja komuś nie pasi, nawet jeśli jakiś pięknoduch się...
[pozostało do przeczytania 23% tekstu]
Dostęp do artykułów: