Groźny błazen

Według często powtarzanej dykteryjki Donald Tusk, gdy kierował polskim rządem, nie pamiętał, jak nazywa się jego własny minister środowiska. Przez lata w tej materii koalicja PO-PSL nie robiła nic. No, prawie nic, bo na tym polu działał przecież Stanisław Gawłowski, który tak skutecznie meliorował w województwie zachodniopomorskim, że aż wylądował na jakiś czas w areszcie. Sam Tusk śpiewał z górnikami na barbórce pod ramię ze swoją ulubioną Elżbietą Bieńkowską i robił tak, żeby było dobrze.

Gdy był premierem, oczywiście nie przeszkadzał mu również smog. W tej sprawie przegraliśmy nawet proces z Komisją Europejską, która wytykała nam zaniechania z lat 2010–2015. O tym, że Tusk nadal nie wie, o czym mówi, świadczą jego słowa wypowiedziane po wykładzie na Uniwersytecie Warszawskim. Otóż, w bełkotliwy sposób najpierw zarzucił on PiS-owi, że stworzył „fake newsa” o tym, iż jego rząd chciał prywatyzacji Lasów Państwowych (tak jakby zapomniał, że sam nałożył na LP haracz w wysokości 1,6 mld zł), a następnie oskarżył polityków partii rządzącej o… wycinanie drzew. „Ja dopiero jakiś czas temu zrozumiałem, że oni się bardzo bali, że być może ktoś sprywatyzuje lasy, bo od początku myśleli, żeby je wyciąć. To jest koszmar dopiero: straszyć Polaków, że ktoś lasy sprywatyzuje, wziąć władzę, a następnie zabrać się za wycinanie lasów i z taką pasją, z takim jakimś dość patologicznym zaangażowaniem. Nie umiem sobie tego, szczerze powiedziawszy, wyjaśnić, co te drzewa zrobiły niektórym politykom” – powiedział Tusk. Ręce opadają. Pozyskanie drewna z lasów nie jest bowiem uzależnione od polityki, ale od wieku drzewostanów. Ten rośnie, więc pozyskanie również może rosnąć. Tak było za czasów rządów PO-PSL, gdy wycinka drzew rosła co roku z poziomu 34 mln mᵌ do około 38 mln mᵌ. Jak rozumiem, jednak teraz Tusk będzie przekonywał, że drewno nam niepotrzebne. Przemysł drzewny, w którym pracuje 330 tys. ludzi i wytwarzający 2,3 proc. PKB kraju (30 mld zł), z...
[pozostało do przeczytania 0% tekstu]
Dostęp do artykułów: