Zgasić światło branży

Stało się dokładnie to, co prognozowaliśmy z Wojciechem Muchą trzy lata temu, gdy przedstawialiśmy prawicy kulisy biznesu zwierząt futerkowych. Wycofujący się z Zachodu śmierdzący interes znalazł sobie wygodny przystanek w naszym kraju – gdzie przepisy są pełne luk, a instytucje kontrolne beznadziejnie słabe – i może zatruwać nam wszystkim życie i środowisko.

Gdy podnosiliśmy argumenty o tym, że stajemy się zagłębiem brudnego, wycofującego się ze świata biznesu, odpowiadały nam argumenty ekonomiczne i roztaczane wizje o potędze branży. Niektórzy nawet twierdzili, że zostaniemy światowym liderem, a nasi rodzimi przedsiębiorcy rzucili się ochoczo inwestować. Oczywiście w większości na kredyt. Dziś dane mówią same za siebie. Sprzedaż skór lisów w ubiegłym roku stanowi zaledwie jedną piątą (22,5 proc.) ilości skór lisów sprzedanych w 2014 roku i zaledwie połowę sprzedanych w 2016 roku. W ciągu ostatnich pięciu lat ceny skór norek na światowych rynkach spadły niemal o połowę. Spada również liczba eksportowanych z Polski skór tych zwierząt. W rekordowym 2015 roku krajowi hodowcy sprzedali 9,3 mln norek, w ubiegłym roku dużo mniej, bo około 7,5 mln. Jednocześnie spadają zyski. W 2015 roku wartość eksportu to prawie 1,5 mld zł, a w 2018 roku – jedynie 700 mln zł. Nasi hodowcy dzisiaj nie są w łatwej sytuacji, ale uczciwie mówiąc, sami się podłożyli, bo tak się akurat składa, że całość sprzedaży jest dziś pod kontrolą podmiotów zagranicznych. Pozostaje więc im zaciskać zęby i liczyć, że Duńczyk i Fin tak pohandlują, że dadzą im zarobić. Od początku było widać, że ten model biznesowy to klasyka kolonializmu, w którym brud i koszty zostawia się w Polsce, a zyski czerpią kraje, po pierwsze, obracające towarem, a po drugie – przetwarzające go. Nie sądzę jednak, żeby cokolwiek trafiło do branży. Ale jeżeli rząd nadal myśli o reformie, to nie ma lepszego momentu, by zerwiskórom zgasić światło.

 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: