Śmieszno, straszno, nie wiadomo

Dla jednych to triumf postpolityki i politechnologów, dla innych dowód na niedojrzałość wyborców. Jeszcze inni wskazują, że to potwierdzenie standardów demokratycznych i przestroga dla polityków. Jednak niezależnie od tego, jak ocenimy miażdżące zwycięstwo Wołodymyra Zełenskiego w ukraińskich wyborach prezydenckich, jest to dla Polski wyzwanie i problem.

Potwierdziły się sondaże. W drugiej turze wyborów prezydenckich na Ukrainie zwyciężył komik i aktor Wołodymyr Zełenski, który otrzymał 73,22 proc. poparcia. Na urzędującego szefa państwa Petra Poroszenkę zagłosowało natomiast 24,45 proc. wyborców.

Póki co, to dalej komik
„Nie widzę powodu, żeby w każdym wystąpieniu wypominać mu, że jest aktorem. Jeśli ktoś ma 70 proc. poparcia przy wysokiej frekwencji, to jest poważnym politykiem” – powiedział Paweł Kowal na antenie radia TOK FM, komentując wyborczy sukces Wolodymyra Zełenskiego w wyborach na prezydenta Ukrainy.
Były wiceminister spraw zagranicznych myli się. Każde wystąpienie Zełenskiego powinno być właśnie badane przez pryzmat tego, czy nie jest dalszą częścią projektu „Kwartał 95” (taki tytuł nosi show telewizyjne, które zapewniło mu sukces w wyborach). Co więcej, jak na razie niewiele wskazuje, aby nowy prezydent Ukrainy miał jakieś plany na swoją kadencję. Przynajmniej nic nie wynika z jego deklaracji przedwyborczych, które były niemal w całości socjotechniką i odwoływaniem się do zbiorowych emocji. Tak nie zachowują się poważni politycy, czego dowodów mamy aż nadto – wystarczy spojrzeć na „cuda” nowoczesnej politologii, jak Emmanuel Macron czy Justin Trudeau, premier Kanady. A Ukraina to nie płynąca mlekiem i miodem Kanada, ani nawet nie Francja z jej kryzysami, ale i szeregiem bezpieczników demokratycznych. Dlatego nie tylko powinniśmy, ale i musimy patrzeć na Zełenskiego jak na aktora, i sprawdzać, kto pisze mu scenariusz. Póki co, w jego otoczeniu pojawiają się nie tylko osławiony...
[pozostało do przeczytania 72% tekstu]
Dostęp do artykułów: