Kapitulacja Sławomira Broniarza

ZNP i strajkujący nauczyciele, którzy nie chcieli wystawić ocen swoim uczniom, nie dali wyjścia Zjednoczonej Prawicy. Na szali leżały matury, stres młodzieży i rodziców, a w konsekwencji także gniew młodych wyborców i ich rodziców.

Owszem, ZNP zawiesiło strajk. Ale ta decyzja była już tylko formalnością. To, co o niej przesądziło, to interwencja Mateusza Morawieckiego i nowelizacja prawa oświatowego, która zakłada, że w ekstremalnej sytuacji dyrektorzy szkół przejmą kompetencje rad pedagogicznych i zdecydują o klasyfikacji uczniów. Jeśli dyrektor zdecyduje inaczej, klasyfikację przejmie samorząd. Pozwoliło to na zatwierdzenie ocen do ostatecznego terminu, czyli ostatniego piątku kwietnia.

Zabrać małpie brzytwę
Ustawa maturalna może i powinna być przygotowana wcześniej, ale była jedynym ratunkiem dla przejętych uczniów i rodziców. I bardzo dobrze, że zmusiła „wiecznego Broniarza” do zawieszenia strajku. Z politycznego punktu widzenia uczniowie to także wyborcy, o czym najwyraźniej zapomniała opozycja. 300 tysięcy maturzystów to łącznie z rodzicami baza 900 tys. wyborców. Do tego dochodzą rodziny abiturientów, którzy za chaos z maturami mogą obwiniać rząd. „PiS mógł coś zrobić, a poddał się” – słychać byłoby przy urnach już w maju. A tak? ZNP nie miał wyjścia. Po wytrąceniu mu z ręki brzytwy, jaką była groźba nieprzeprowadzenia matur, pozostało strajk zakończyć (odwołać).
Prawda jest taka, że żadna władza nie pozwoliłaby sobie na chaos w edukacji tuż przed wyborami. Wiele tysięcy maturzystów drżało, czy będą mogli zdać egzamin dojrzałości, czy też nauczyciele posłuchają radykalnych pomysłów Sławomira Broniarza i innych związkowców ZNP. Na domiar złego także rodzice zostali postawieni przed ścianą. Musieli brać zwolnienia i odwoływać urlopy. A przecież rodzice posyłający dzieci do szkół, nie są winni temu, że pracownicy oświaty zarabiają zbyt mało. Podobnie jest z uczniami, którzy mają konstytucyjną...
[pozostało do przeczytania 60% tekstu]
Dostęp do artykułów: