Narodowcy w służbie lewactwa

Pseudonarodowcy stają się dzisiaj wielką nadzieją liberalnej lewicy. W USA prowokując konflikt pomiędzy Polakami i Żydami, mogą doprowadzić do zwycięstwa demokratycznego kandydata. W Polsce odbiorą PiS-owi parę procent i dzięki temu powstanie pierwszy po 1989 roku rząd liberalno-lewicowy. Z punktu widzenia światowego lewactwa – marzenie.

PiS nie przegra wyborów przez strajk nauczycieli ani przez żaden inny protest. W tej sprawie większość społeczeństwa przyznaje rządowi rację. PiS-owi nie odbierze władzy też Koalicja Europejska. Ta efemeryda zanim powstała, już trzeszczała w szwach i coraz szybciej sama się kompromituje bezideowością. Jedynym sposobem powrotu do rządu ludzi Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny jest podzielenie elektoratu PiS-u. Trzeba znaleźć prawdziwych Polaków, którzy w PiS-ie odkryją zdradę, zaprzedanie nas Żydom i Ukraińcom. Te kilka procent, które dzięki temu uzyskają, wystarczy, by PiS stracił większość w Sejmie.
Dzisiaj to nowi narodowcy, w jakiejś mierze nawiązujący do komunistyczno-narodowej ideologii Mieczysława Moczara, stanowią największą szansę powrotu lewacko-liberalnej ekipy PO-PSL-SLD. Nie wiem, czy istnieją między nimi jakieś powiązania, ale łączy je wspólny interes – odsunięcie PiS-u od władzy – i mają wspólne współczesne korzenie: Romana Giertycha i jego popleczników w „Gazecie Warszawskiej” i podobnych mediach podających się za narodowe.
Logika ordynacji wyborczej jest nieubłagana: wzrost poparcia dla opozycji o jeden–dwa procent nie da jej dzisiaj władzy. Odebranie kilku procent PiS-owi może pozbawić go nawet kilkudziesięciu mandatów. To wystarczy, byśmy zobaczyli na mównicy rządowej rozradowanego Tuska, wspieranego przez Włodzimierza Cimoszewicza i resztki PSL. Te same kilka procent odebrane PiS-owi, nawet jeżeli dojdą do granicy 5 proc., uzyskane przez pseudonarodowców, może nie dać im ani jednego mandatu. Tak działa obowiązująca ordynacja. W tym też nadzieja „postępowej” Europy na...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: